poniedziałek, 27 maja 2019

WYKŁADNIKI AUTENTYZMU MODLITWY



Modlitwę można by określić jako przestawanie z Bogiem. „Z jakim prze­stajesz, takim się stajesz." Jeśli człowiek autentycznie wchodzi w kontakt z Bogiem, upodabnia się do Niego. Co decyduje o tym, że nasza modlitwa jest autentyczna?

W modlitwie, w tym przestawaniu z Bogiem bierze udział słowo, które kierujemy do Boga, moje własne serce, w którym to słowo powstaje, oraz Odbiorca, czyli świadomość obecności Boga, który mnie słyszy i widzi. Doskonała modlitwa to doskonała harmonia tych trzech elementów. Niedoskonałość modlitwy może się łączyć z bra­kiem jednego z tych ważnych członów.

Słowo może być powtarzane, ponieważ zostało już wcześniej sformułowane przez kogoś. Ten, kto mówi „Ojcze nasz", modli się, wypowiadając słowo przekazane nam przez Jezusa Chrys­tusa. Ale to słowo niekoniecznie musi być dziełem serca. Zbyt często pojawiają się puste formuły modlitewne, dlatego Chrys­tus skarżył się: Ten lud czci Mnie wargami, lecz serce jego jest daleko ode Mnie. Jest to skarga wyrażana niejednokrotnie przez proro­ków. Istnieje więc możliwość przekazywania Bogu słowa, które nie rodzi się w naszym sercu.

Serce nie musi wyrażać swoich przeżyć w słowach, bo wie, że one są za małe, ale jego modlitwa staje się okrzykiem udręcze­nia lub szczęścia. Wiadomo, że nie potrafimy zamknąć w sło­wach przeżywania w wielkiej skali tak bólu, jak i szczęścia. W tym przeżywaniu wewnętrznym, gdy człowiek zajmuje się swym własnym sercem, istnieje pułapka subiektywizmu modli­twy, czyli zbytniego przeakcentowania samych przeżyć serca. Jeśli są to przeżycia udręczenia, człowiek po pewnym czasie czuje się tak, jakby wpadł do głębokiej studni i nie widział możliwości wyjścia z niej. Są to sytuacje, w których dotyka granic rozpaczy, mogą się pojawić wtedy nawet myśli samobój­cze. Wydaje mu się, że gdyby z tej studni uciekł (a więc od ludzi, którzy go otaczają, od pracy, którą wykonuje i która go męczy, z miejsca, w którym przeżywa ból), zmiana tego środowiska dałaby mu wolność. Taki człowiek jest niewolnikiem samego siebie. Od siebie uciec nie potrafi. Wtedy jest mu potrzebne nawiązanie kontaktu z Bogiem i spokojne poddanie się Jego instrukcji. Bóg pozwala i pomaga temu człowiekowi wyjść z udręczonego serca. To są te wszystkie sytuacje, w których serce krwawi, płacze, w których życie dotyka strun serca w spo­sób niezwykle bolesny.

Druga, groźniejsza pułapka, to subiektywizm szczęścia. Ma on miejsce wtedy, gdy człowiek przeżywa olbrzymią religijną radość. Dość często w takich przeżyciach pojawiają się wizje, natchnienia, człowiek daje się ponosić nastrojom. Istnieje tu poważne niebezpieczeństwo szukania w modlitwie tylko szczęś­cia. Takiego człowieka można porównać do tego, kto znalazł się na wspaniałej, kwitnącej łące, gdzie wszystko śpiewa i pachnie. I jest szczęśliwy. Jeśli przyjdzie mu iść w deszczu, nocą, przez pustynię, przez trudny teren, wycofuje się natychmiast i tęskni za swoją łąką szczęścia. Uważa on, że spotkanie z Bogiem dokonuje się tylko na takiej łące. Jest to łąka ułudy, na której ginie wielu ludzi. Człowiek bowiem szuka na niej własnego szczęścia, a nie nawiązania kontaktu z Bogiem. Po tej linii idzie pogoń za objawieniami prywatnymi.



Jedno zdanie z Ewangelii jest bardziej wartościowe, aniżeli jakiekolwiek zdanie z objawień prywatnych. Chrystus obecny realnie w tabernakulum jest wartością miliony razy cenniejszą aniżeli Lourdes, Fatima czy jakakolwiek inna miejscowość słynna z objawień prywatnych. Jeśli się pamięta o tym, że Bóg objawia się przede wszystkim w tekście Pisma Świętego i że jest obecny realnie w Eucharystii, to można z pożytkiem jechać do miejsc, gdzie są prywatne objawienia. Można też z pożytkiem przeczytać teksty prywatnych objawień. Ale jeśli się ta hierar­chia wartości zachwieje, niebezpieczeństwo subiektywizmu reli­gijnego staje się groźne i wielu ludzi dziś na tej ścieżce ginie.

Do istoty modlitwy należy świadomość kontaktu z Bogiem; to, czy ja wiem, że Bóg mnie słyszy, gdy ja do Niego mówię. Jakie są znaki świadczące o tym, że połączenie z Bogiem istnieje? Pierwszym znakiem jest wewnętrzny pokój. Jeśli serce płacze z bólu albo szaleje ze szczęścia, a znajduje się w dłoniach Boga, przeżywa to, co przeżywa dziecko w ramionach kochają­cej matki. Emocje wracają do normy, odzyskuje pokój. Pięknie wyraził to psalmista: Moja dusza jest jak dziecko w ramionach matki. To jest poczucie bezpieczeństwa, wtedy ani ból nie stanowi zagrożenia, ani też wielkie szczęście nie przysłoni Boga. Obok poczucia bezpieczeństwa w modlitwie objawia się świadomość, że jestem kochany. W kontakcie z prawdziwym Bogiem, niezależnie od tego, czy przeżywamy tę miłość w płasz­czyźnie dziecko - Ojciec, czy na płaszczyźnie przyjaźni, czło­wiek odkrywa, że jest kochany.

Drugim znakiem zaistnienia kontaktu z Bogiem jest goto­wość podjęcia zadań, które Bóg nam wyznacza tu i teraz. Czyli gotowość wykonania woli Boga. Człowiek w modlitwie odnaj­duje się nawet wtedy, gdy zadania go przerastają. Spotkanie z Bogiem daje pewność, że skoro Bóg chce, aby to było wykonane, swoją mocą i mądrością pomoże w wykonaniu. To jest ważny wykładnik autentyzmu modlitwy. Ważniejszy niż pokój. Wszyscy specjaliści od modlitwy zgodnie twierdzą, że znakiem spotkania się z Bogiem jest gotowość do podjęcia Jego woli.

W subiektywizmie na modlitwie istnieje tendencja do ucieczki w swoją przeszłość albo w przyszłość. To jest ucieczka od „teraz", od tego, co mam zrobić za minutę. W prawdziwej modlitwie człowiek nie snuje wielkich planów jutra, dlatego że zawsze jest do dyspozycji Boga. Dobrze wie, co zrobić dziś. Gdy się obudzi, będzie wiedział, co zrobić. Człowiek, który żyje w kontakcie z Bogiem, żyje chwilą obecną, on się nie martwi o to, co będzie jutro. Dziś w nocy może umrzeć i po co się ma martwić o jutro. Nie wyklucza to jednak mądrego planowania.

Czasami przyjęcie woli Bożej jest bardzo trudne, o czym mówi dramat Jezusa w Getsemani. On aż spocił się krwawym potem. Zadanie przerastało Jego ludzkie siły. A jednak podjął je i potrafił dzieło wykonać. Warto pamiętać, że ucieczka od chwili obecnej jest ucieczką od współpracy z Bogiem.

Modlitwa jest to moje słowo skierowane do Boga. Jeśli to słowo rodzi się w sercu, posiada niepowtarzalny koloryt, jest tylko moim słowem. Do Boga docierają słowa wypowiedziane sercem. Warto pamiętać o ostrzeżeniu: - Nie dziw się, że cię Bóg nie słyszy, jeśli ty sam siebie nie słyszysz, czyli jeśli słowo nie rodzi się w sercu, nie należy się dziwić, że nie dociera do Boga. Ponieważ modlitwa jest przestawaniem z Bogiem żywym, to i Bóg kieruje do mnie swoje słowo. Zawsze to słowo pochodzi z Jego serca, ponieważ jest słowem miłości. Zawsze jest adreso­wane wyłącznie do mnie. Bóg rozmawia z nami indywidualnie. Modlitwa ma wymiar indywidualny. Bóg mówi do nas po imieniu. Mówi zawsze z miłością i jest zatroskany o nasze szczęście.

homilię wygłosił ks. Adam Ogiegło na majowym dniu skupienia

czwartek, 9 maja 2019

Dlaczego Jezus wzywa nas

Niemal zawsze, kiedy mówimy o modlitwie, myślimy o czymś, co robimy i z tego punktu widzenia mnożą się pytania, problemy, dezorientacja, zniechęcenie i iluzje. Według mnie, skorygowanie takiego widzenia ma fundamentalne znaczenie. Nasza wiedza chrześcijańska upewnia nas, że modlitwa jest esencjonalnie tym, co czyni Bóg, w jaki sposób Bóg zwraca się do nas, patrzy na nas. Nie jest pierwotnie istotne, co my robimy dla Boga, co my dajemy Bogu, lecz co Bóg czyni dla nas. A to, co Bóg robi dla nas, to obdarowanie nas boskim "Ja" w miłości.

Jakakolwiek rozmowa o modlitwie, jeśli mamy stanąć w jasnej, czystej atmosferze prawdy, musi rozpocząć się od refleksji o tym, co Jezus pokazuje nam o Bogu.

Idźmy prosto do sedna sprawy. Jakie jest zasadnicze orędzie objawienia Jezusa? Na pewno jest to bezwarunkowa miłość Boga do nas, do każdego z nas: Bóg, Niewypowiedziana, Niezrozumiała Tajemnica, Rzeczywistość wszelkiej rzeczywistości, Życie wszelkiego życia. I to znaczy, że miłość Boża pragnie nam przekazać swoje święte "Ja". Nic mniej! Taka jest nieodwołalna wola Boża i Jego zamysł; to jest powodem, dlaczego wszystko, co jest, jest i dlaczego istnieje każdy z nas. Jesteśmy tutaj, by otrzymać tą niewysłowioną, wszystko przewyższającą, błogosławioną miłość.



Liczni chrześcijanie wiedzą o tym w teorii, lecz, niestety, nie odnoszą tego do rzeczywistości. Tutaj muszę dodać jedno ważne przypomnienie, mianowicie praktykowanie tego w rzeczywistości nie pociąga za sobą "odczuwania". Praktykowanie w rzeczywistości oznacza życie tą wiedzą, życie tym. To znaczy, że nasz sposób odnoszenia się do świata, nasza postawa, nasze działanie powinno wyrastać z tej wiedzy.

Siostra Ruth Burrows OCD

Siostra Ruth jest karmelitanką w Quidenham w Norfolk, Anglia. Jest autorką wielu bestselerowych książek.

(przekład własny)

środa, 24 kwietnia 2019

Trwały blask Wielkanocy

Wielkanoc jest najważniejszym wydarzeniem w historii ludzkości. Świętujemy Wielkanoc zaledwie kilka dni, lecz w rzeczywistości jej blask promienieje przez cały czas, na wszystkie miejsca i zasługuje na modlitewną uwagę przez cały rok. Wielkanoc nazywamy "Tajemnicą Paschalną", ponieważ w Nowym Testamencie tajemnica oznacza zakryty Boży plan, obecnie objawiony w Chrystusie.

Możemy myśleć o Tajemnicy Paschalnej jako o Bożej karcie atutowej, wyłożonej na stół podczas gry. Możemy również myśleć o tym jako o trójramiennym świeczniku, z jedną świecą na każdy dzień, promieniującą swoim tajemniczym blaskiem: wzięte razem dają "światło, które świeci w ciemności dla wszystkich ludzi i którego ciemności nie zdołają pokonać". Dla nas blask największych wydarzeń - zachodu słońca, narodzin dziecka, doświadczenia bycia głęboko kochanym, przebudzenia religijnego - z upływem czasu zanika. Nie tak jest z wydarzeniem Wielkanocy: dosięga ono wieczności, dotyka każdego ludzkiego istnienia i zanurza całe istnienie w swoim świetle. Zatem ujmijmy się ręki Boga i zobaczmy, jak blask Wielkanocy potrafi rozświetlić nasze obecne ciemności i odsłonić naszą ścieżkę do domu.

Wraz ze Zmartwychwstaniem Jezusa w wielkanocny poranek boski dramat zmierza do swego kulminacyjnego punktu. Jak przeżywamy ból Wielkiego Piątku i pustkę Wielkiej Soboty, tak teraz łączymy się z Jego powstaniem do nowego życia. Naszym przeznaczeniem jest stać się takim, jak Chrystus i objawić się w chwale wiecznej. Jego solidarność z nami we wszystkich chwilach naszego życia jest wieczna.

Jezus nie posiada swojego swojego indywidualnego, wyłącznego przeznaczenia, którego nie moglibyśmy współdzielić. Teolog Karol Rahner porównuje Zmartwychwstanie Jezusa do pierwszej erupcji wulkanu, ukazującej że Boski ogień dający życie zawsze płonie w najskrytszej głębi rzeczywistości i że w odpowiednim czasie wszystko zostanie przemienione i opromienione blaskiem Wielkanocy. Zmartwychwstanie Jezusa jest początkiem zmartwychwstania wszelkich istot stworzonych i przemienienia całej materii, ponieważ - tak jak On - jesteśmy dziećmi ziemi i nieba.

We wspaniałej przestrzeni Tajemnicy Paschalnej nie ma śmierci bez zmartwychwstania. Jak każda ciąża zmierza ku rozwiązaniu, tak nasze życie i nasza śmierć są ukierunkowane ku naszym narodzinom do życia wiecznego. Bóg jest Bogiem żyjących, nie umarłych, i dlatego Jezus nie wypowiadał się nigdy o swojej śmierci bez dodania, że trzeciego dnia powstanie z martwych. Ta wiara kazała Mu podążać naprzód. Gdyby nie nastąpiło Zmartwychwstanie, dlaczego miałby znieść te wszystkie cierpienia i jaką korzyścią dla nas byłoby Jego życie? Jego Zmartwychwstanie nam także każe podążać naprzód! Wydarzenie wielkanocne obejmuje życie i śmierć każdej osoby na ziemi i nasz świat jest wypełniony poświatą Zmartwychwstania, które przemienia go nawet w tej chwili. Żyjemy w odkupionym świecie: litery "AD" przed datą 2019 oznaczają "Anno Domini" - Rok Pański - i przypominają nam, iż Bóg wszystek czas ma w swojej opiece.

Kluczem Męki, który otwiera bramę do naszego zmartwychwstania, nie jest bezmiar cierpienia, które Jezus przeszedł, lecz Jego cierpliwa i przebaczająca miłość, przebijająca się przez wszystkie bariery zła, grzechu i śmierci. Te gorzkie rzeczywistości są w ciszy przemieniane przez zbawczą łaskę miłości. My uczestniczymy w tym zbawczym działaniu przez akceptację nieuniknionego cierpienia, tak jak Chrystus. Poprzez wskrzeszenie Jezusa Bóg Ojciec uczy nas, że droga podjęta przez Jezusa jest zarazem naszą drogą prowadzącą naprzód. Żaden nasz ból ani łza nie będą nigdy zmarnowane.

Tak więc święte dni Wielkanocy są ściśle splecione ze sobą: trzy świece na świeczniku spalają się razem jak jedna i otrzymujemy duży promień światła, aby kierował naszym życiem. Teraz wiemy przez wiarę, że nieuniknione cierpienie, które nas nęka, zniesione z cierpliwością, miłością i przebaczeniem, daje życie ludzkości.

Br. Brian Grogan SJ
tłum. z The Sacred Heart Messenger, Irlandia

wtorek, 9 kwietnia 2019

CAŁKIEM NOWI W CHRYSTUSIE

Posłanie Chrystusa na świat przez Jego Ojca jest rozszerzeniem dla nas wiecznych narodzin Słowa w Trójcy Świętej.



Przed wszystkimi wiekami zostaliśmy stworzeni w Jezusie Chrystusie. Wieczne Wyobrażenie niewidzialnego Boga, Pierworodny całego stworzenia (Kol 1,15) przychodzi, by przyłączyć nas, którzy jesteśmy Jego wyobrażeniem, tak byśmy mogli stać się podobnymi do Niego, pomimo plam naszych nieczystości i deformacji, spowodowanych naszymi grzechami. Zostaliśmy wybrani w Chrystusie, żeby być świętymi i nieskalanymi i przebywać w Jego obecności (Ef 1,4), w miłości. My mamy życie w Chrystusie o wiele bardziej autentycznie aniżeli mamy życie w sobie samych. Tutaj na ziemi jesteśmy tylko Jego szorstkim zarysem, okaleczeni od naszych najwcześniejszych dni życia.

W jaki sposób mamy wypełnić ten odwieczny plan, jaki ma Ojciec względem nas w Chrystusie?

Tajemnica tej zagadki jest mianowicie taka, iż jedyny doskonały Obraz (Chrystus) objawił sie nam w ciele jako nasz własny. Jeśli upodabniamy się do Obrazu w naszym człowieczeństwie, to odnawiamy się na obraz naszego Stwórcy, a w wieczności On upodobni nas do Siebie.

Taka jest wzniosłość, a zarazem prostota naszej wiary. Nigdy nie zdołamy wyczerpać wszystkich klejnotów mądrości i wiedzy, jakie są ukryte w Tajemnicy Chrystusa.

Ojciec Pius Rajmund Regamey OP

Ojciec Regamey (+ 1996) był francuskim księdzem zakonu dominikanów, autorem wielu książek o tematyce duchowej.

przekład z ang. marek

czwartek, 28 marca 2019

NIOSĄC NASZ KRZYŻ - rozważanie na Wielki Post

Nasz Pan dźwigał swój krzyż i my musimy dźwigać nasz: to są małe, codzienne krzyże proporcjonalne do naszej słabości. W taki sposób udowadniamy naszą miłość do Jego krzyża, przez zjednoczenie naszego z Jego; i to daje nam zasługę płynącą z Jego krzyża.



Aby znieść nasze krzyże, zawsze musimy uciekać się do myśli, że Bóg chce dla nas właśnie tej rzeczy i mówić do siebie: "Mam Jezusa, który jest moim wszystkim, i to mi wystarczy." Muszę być obojętny i niezależny od wszyskiego innego...

Nie możemy nigdy powiedzieć, że taki rodzaj świętości, zapomnienia o sobie, miłości krzyża, ofiary z siebie nie są dla nas. To jest nasz ludzki sposób patrzenia na te sprawy. Jeśli Bóg chce czegoś dla nas, ześle nam niezbędną łaskę; wszystko, co musimy zobić, to być gotowym na to, o co może nas poprosić, i iść śmiało naprzód.

Autorem jest Augustyn Guillerand (┼1945), francuski kartuz i pisarz z zakresu duchowości.

przekład: marek

piątek, 22 marca 2019

GÓRA PRZEMIENIENIA

Oprócz góry kuszenia były jeszcze w życiu Chrystusa inne „góry" pełne wymownych treści, a wśród nich góra Przemienienia, o której mówi św. Mateusz:

„A po sześciu dniach wziął Jezus Piotra, Jakuba i Jana, brata jego, i zaprowadził ich na górę wysoką na uboczu. I przemienił się przed nimi: i rozjaśniało oblicze Jego jako słońce, szaty zaś Jego stały się białe jako śnieg..." (Mt 17, 1—2).

W codzienności swego życia i działalności Chrystus wyglądał zewnętrznie tak jak wszyscy ludzie — aż do tego stopnia, że musiał w niezwykły i cudowny sposób przekonywać swoje otoczenie, że jest kimś więcej niż tylko człowiekiem. Był aż do tego stopnia podobny do reszty ludzi, że można Go było podejrzewać o złą wolę, obrażać słownymi zarzutami, oskarżać, sądzić i skazać na śmierć. I na odwrót: każdy z ludzi był w pewnym sensie podobny do Niego w zewnętrznej postaci i wspólnocie losu — każdego z nich można było również podejrzewać, oskarżać, sądzić i skazywać. Chrystus i dwaj łotrzy szli z krzyżami tą samą drogą na tę samą górę stracenia.

W chwili przemienienia jednak w najpełniejszy sposób okazał Chrystus, jak bardzo jest inny i jak bardzo jest kimś innym niż reszta ludzi. Jego wewnętrzna tajemnica bóstwa, świętości, miłości przeniknęła zewnętrzną postać i okazała się w całym swoim bogactwie. Mimo to zachował jednak pewien specyficzny rodzaj wspólnoty pomiędzy sobą a resztą braci, mianowicie to, że i On, i oni mogli i mogą się przemieniać, choć w różny sposób.



Chrystus przemieniając się odsłonił swoje wnętrze, które nadawało nowy kształt Jego zewnętrznej postaci do tego stopnia, że oczy apostołów nie mogły już wytrzymać widoku przemienionego Mistrza: „padli na oblicze swoje i zlękli się bardzo". Człowiek natomiast przemieniając się czyni to w odwrotnym kierunku: przyjmuje światłość i świętość z zewnątrz, od Chrystusa, i to, co najbardziej pragnie przemienić, znajduje się w jego wnętrzu, niewidoczne dla ludzi i niechętnie im pokazywane. W życiu przecież bywa tak, że każdy z nas w swej codzienności przywdziewa maskę niewinności, okrywając szczelnie swoje prawdziwe człowieczeństwo, i usiłuje być wśród innych człowiekiem, któremu nikt nic nie ma do zarzucenia. Bardzo mu na tym zależy, żeby go ludzie tak widzieli. W ogromnej mierze mu się to udaje, albo przynajmniej jest o tym przekonany. Wewnątrz jednak nosi niniejszy lub większy nieporządek, rany i skazy, i winy wynikłe z niewłaściwego wyboru wartości, z tego, że człowiek mówił „tak", gdzie trzeba było mówić „nie" — i na odwrót.

W tym stanie rzeczy jedynym ratunkiem dla człowieka jest spotkanie z Chrystusem, który zdolny jest ten stan rzeczy zmienić i doprowadzić do tego, żeby „niewinny" i „porządny" obraz zewnętrzny człowieka odpowiadał jego wnętrzu — żeby z mocy i dobroci Chrystusa przychodzącej z zewnątrz dokonało się
p r z e m i e n i e n i e. Trzeba, żeby przemieniająca moc idąca od Chrystusa przeniknęła przez maskę ludzkiej niewinności, przez maskę poprawności, i dotarła tam, do dna, gdzie człowiek skrywa swoje najtrudniejsze i najboleśniejsze sprawy, żeby aż tam dosięgło przemienienie. Żeby się tam dostała prawda, świętość, uczciwość, sprawiedliwość, przebaczenie, łagodność, wyrozumiałość i cały ten wielki zespół wartości moralnych, jakie Chrystus zaprezentował nam wszystkim przez swoją Ewangelię, żeby to najtajniejsze wnętrze ludzkie zajaśniało "jako słońce", stało się „białe jako śnieg".

Każdy z ludzi musi odnaleźć własną drogę przemienienia mocą Chrystusową — tak jak ją odnajdywali poszczególni ludzie spotykający Chrystusa w Jego historycznym życiu. Ta droga doprowadzi nas do własnej góry przemienienia, gdzie człowiek konfrontuje swoje wnętrze z Chrystusową prawdą i świętością i poprzez wolną osobistą decyzję otwiera drzwi swego człowieczeństwa tamtej przemieniającej mocy. Może ta droga wyglądać tak, jak droga trędowatych, droga ślepca, droga opętanych, paralityka nad sadzawką, Magdaleny czy pokutującego Piotra. Dla nas, dziś żyjących ludzi, kończy się ona zawsze na górze Wieczernika, gdzie stoi ołtarz eucharystyczny, na którym moc Chrystusa przemienia najpierw chleb i wino, a potem dosięga człowieka w jego najskrytszym wnętrzu, by go eucharystyczną obecnością swoją choć trochę przemienić.

Jeżeli nasza wiara, nasze tzw. praktyki religijne czy inne przejawy religijnego życia nie doprowadzą nas w ostateczności do tego przemienienia, to otarliśmy się tylko skrajem naszego człowieczeństwa o to,w czym należało zanurzyć całego siebie. Jeśli nie pozwolimy, by moc Chrystusa przeniknęła przez maski i parawany naszej porządności zewnętrznej, z którą chodzimy po świecie, przez maskę naszej niewinności, i dostała się w głąb, tam, gdzie są ślady bolesne fałszywych decyzji, niepotrzebnych „tak" i niepotrzebnych „nie" — to jesteśmy jak owa figa, na której Chrystus szukał owoców, a znalazł tylko liście.

Homilię wygłosił ks. Adam Ogiegło w lutym 2019 roku na Mszy św. odprawionej podczas dnia skupienia.

czwartek, 14 marca 2019

Matka Boża przyprowadza nas do Jezusa

Prawdziwe nawrócenie nie jest nigdy osobistym dokonaniem, osiągnięciem, którym moglibyśmy się z jakąś satysfakcją delektować. W bardzo dosłownym znaczeniu, to całkowity dar od Boga, kiedy jakaś dusza powraca do przyjaźni z Nim lub pierwszy raz w życiu odkrywa Jego rzeczywistą obecność.

Ale z nawróceniem łączy się jeszcze inna prawda, która nie jest często odnotowywana. Może być również tak, że na duszę, która podlega jakiejkolwiek formie nawrócenia patrzy Dziewica Maryja. Ona jest matką nawrócenia, często w bardzo bezpośredni sposób. W objawieniach w Lourdes Matka Boża prosiła św. Bernadettę wiele razy, by modliła się o nawrócenie grzeszników. Za każdym razem, kiedy Najświętsza Panna prosiła Bernadettę o modlitwy w tej intencji, dziewczyna pytała, jak ma rozumieć tę prośbę. W odpowiedzi, za każdym razem Matka Boża tylko uśmiechała się do niej.

Uśmiech Matki Bożej skrywa tajemnicę. Czy uśmiechała się dostrzegając gorliwość Bernadetty, pragnącej dobrze i właściwie spełnić jej prośbę? Lub może Najświętsza Maryja Panna uśmiechała się wiedząc, że ta dziewczyna w następnych latach bardzo posunie się na drodze uświęcenia i ofiary, przyczyniając się tak do nawrócenia wielu dusz.



Tak jak we wszystkich objawieniach maryjnych, powyższy fragment przypomina nam, że nawrócenia mają miejsce, ponieważ modlitwa i ofiara zostały złożone w sercu Maryi dla dobra dusz. Osobiste doświadczenie, jakie możemy mieć, wskazuje, że w każdym prawdziwym nawróceniu do Jezusa Chrystusa jest ukryta obecność Matki Bożej i jej wstawiennictwo. Matka Boża pragnie dusz dla jej Syna, ponieważ jej własna miłość dla dusz jest mocna i jest przyczyną każdego nawrócenia.

ojciec Donald Haggerty

Ojciec Haggerty, kapłan archidiecezji Nowy Jork, aktualnie sprawuje posługę duszpasterską w Katedrze św. Patryka w Nowym Jorku.

przekład: marek