wtorek, 3 stycznia 2012

Tajemnica Wcielenia




W "Liście do chorych" ks. Witold Kacz w 1980 r. pisał:

Tajemnica Wcielenia nie jest tylko prawdą wiary, którą mamy jedynie tylko czcić i wierzyć w nią, ale prawdą stanowiącą sens życia, realizowaną w każdym dniu i w każdej sytuacji.

czwartek, 8 grudnia 2011

ZWIĘZŁA MODLITWA RYTMEM SERCA


W ostatnim czasie zatrzymujemy się przy tej rzeczywistości, którą jest modlitwa. Staramy się przyjrzeć, jakie są warunki lepszej modlitwy i tego, żeby nasze spotkanie z Panem Bogiem było doskonalsze. Uproszczona definicja, iż modlitwa jest rozmową z Panem Bogiem, nie wyczerpuje całego jej bogactwa, ponieważ modlitwa to bardziej spotkanie serc i ono może czasem dokonywać się bez słów.

Pan jezus, jako najdoskonalszy mistrz modlitwy wie, że jej drogą jest wtajemniczenie. Każda modlitwa jest nawiązaniem kontaktu z żywym Bogiem. Ktokolwiek więc chce wejść w ten kontakt, również musi się zatrzymać przy wypowiedziach Pana Jezusa na temat modlitwy. Musi odkryć metodę, jaką On stosuje w nauczaniu modlitwy swych uczniów. Tak więc trzeba się przypatrzyć, w jaki sposób On sam kontaktuje się z Ojcem.

Modlitwę można porównać do chleba w życiu religijnym. Tak jak pokarm jest potrzebny dla ciała, tak dla ducha potrzebny jest pokarm. Tak jak oddech jest potrzebny do życia na ziemi, tak modlitwa jest potrzebna do życia religijnego. Szczęśliwy jest ten, kto opanowal sztukę duchowego oddechu pełną piersią czystym boskim powietrzem.

Stały czas i miejsce na modlitwę pomaga w odnalezieniu tego wzroku Ojca, który na nas spoczywa. Nasze spojrzenie na Boga, zwłaszcza jeśli chodzi o poranną modlitwę, porządkuje cały dzień. Świadomość obecności bożej, poddanie się jej, otwarcie swojego serca, możemy wyrazić nawet w najprostzsych słowach – Panie prowadź! Daj dobrze przeżyć ten dzień! Nawet jeśli w wirze zajęć potem o tym zapominamy, to jednak to poranne zaproszenie Pana Boga do naszego życia jest dla Niego zobowiązujące. Na pewno w sytuacji, kiedy człowiekowi ta pomoc jest potrzebna, nie poskąpi nam swojej łaski.

Często dla wielu ludzi ilość wypowiadanych słów jest gwarancją dobrej modlitwy. Jednak Pan Jezus generalnie potępia gadatliwość jako błąd – „Modląc się nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani. Nie bądźcie podobni do nich, albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, zanim Go jeszcze poprosicie.”

W kontaktach mądrych ludzi również obowiązuje jakaś dyscyplina słowna.
Ona jest cenna dla mówiącego, jak i dla słuchającego. Zwięzłość słów nie męczy; pomaga mówiącemu w określeniu tego, na czym mu zależy w krótki sposób. Modlitwa to jakby prosta przyjacielska prośba, w której jest zawarte to, co najważniejsze. Mówi o tym pewna sytuacja z Ewangelii, która przytrafiła się tonącemu Piotrowi. Panie, ratuj! – wołał pogrążający się w wodzie Piotr. Bez żadnych wstępów, eufemizmów, ozdobności. Nie było na to z jednej strony czasu, a po drugie, to była najprostsza forma wyrażenia jego pragnienia – Panie, ratuj! I czasem też tak trzeba na modlitwie zwyczajnie powiedzieć: Panie, ratuj! Czasem trzeba to wielokrotnie powtórzyć.

Niekiedy w rozmowie z drugim czlowiekiem jest potrzebne uzasadnienie, ale w spotkaniu na płaszczyźnie przyjaźni wystarczy zaufanie. Uzasadnienie już nie jest potrzebne. Taką rozmowę możemy obserwować między osobami, które się rozumieją, które się kochają, np. między małżonkami. Jezus, świadomy że Bóg nie potrzebuje żadnych uzasadnień, przypomina, że On wie, czego nam potrzeba wcześniej, niż Go o to poprosimy.

Ojciec, mimo że wie, czego nam potrzeba, czeka na ujawnienie naszych próśb. Zależy Mu na komunikacji z nami. Zależy Mu na tym, żebyśmy mieli udział w otrzymaniu Jego darów. Taki jest język miłości – spełnianie pragnień tego, kogo się kocha, jest szczęściem Kochającego.

Jeśli nie trzeba dużo mówić, to czy z tego wynika, że nie należy się modlić? Otóż takie odczytanie słów Pana Jezusa nie jest poprawne. Jezus modlił się w Ogrodzie Getsemani długo. Jak wiemy, dwukrotnie budził uczniów, oni zasypiali, a On jednak nadal się modlił, mówiąc niewiele. Powtarzał tylko jedno zdanie – Ojcze, oddal ode mnie ten kielich, jednak nie jak ja chcę, ale jak Ty. Nie wielość słów, ale powtarzanie raz, drugi, kolejny. Bywają sytuacje, w których trzeba się modlić długo, ale w tym celu, żeby ukazać, jak bardzo mi zależy na spełnieniu mej prośby. Można by powiedzieć, to jest natarczywość tej ewangelicznej wdowy, która wciąż przychodziła, żeby ją bronił sędzia. Jej natarczywość to nie było wiele słów, tylko ciągłe – Obroń mnie! Obroń mnie! Weź mnie w obronę! – która sprawiła, że sędzia zdecydował sę ją rzeczywiście obronić.

Obserwując modlitwę innych, zwłaszcza w sytuacjach krańcowych, gdy na przykład ktoś jest w cierpieniu, ktoś jest umierający albo ciężko chory, słyszymy, jak jedni wołają – Ojcze, daj mu zdrowie! – inni proszą – Zabierz go już do siebie! Cierpienie wymusza zwięzłość próśb i powtarzanie ich przez długie tygodnie.W obliczu cierpienia wszystko inne odchodzi jakby na dalszy plan. Nawet nie jestesmy w stanie wypowiadać jakichś długich zdań, tylko po prostu często pojawia się jedno i to samo – Uratuj! Uratuj! Pomóż! Uwolij od cierpienia!

Podobnie proszą również ludzie osaczeni przez zło. Wołają – Ojcze! Zlituj się nade mną! – albo – Wybaw nas od złego! To jest prośba powtarzana kilkadziesiąt a może nawet kilkaset razy w ciągu doby. Kiedy pytamy tych, którzy tak wołają, czyżby wątpili, że Bóg ich usłyszy albo że to, o co wołają może nie dotrzeć do Pana Boga? Odpowiadają, że nie wątpią, ale to wołanie jest im potrzebne, bo wtedy pozostają w jakimś bliskim kontakcie z Panem Bogiem.

W tym wyjaśnieniu odsłania się jakby drugie oblicze modlitwy, o które chodzi Jezusowi. Wysłuchanie prośby – to jest jedna rzecz. Druga sytuacja – to wykorzystanie tej okazji, żeby pozostawać w kontakcie z Panem Bogiem jak najdłużej. Czasem jak się kogoś lubi, to się przyjdzie sprawę krótko załatwić i wyraża się to w jednym zdaniu, a potem nie można się na przykład rozstać, bo jeszcze jest tyle różnych spraw i tematów, o których się rozmawia i szuka się okazji, żeby pobyć z tym człowiekiem. Coś takiego dokonuje się również w odniesieniu do Pana Boga. Taka modlitwa, poprzez bliskość z Bogiem, rzeźbi nasze serce, kształtuje je i umacnia.

Ucząc się modlitwy, trzeba dowartościowywać wezwanie Pana Jezusa, by zwięzła modlitwa stała się rytmem naszego serca. Jest ona najłatwiejszą drogą do umieszczenia odniesienia do Boga na stałe w naszej podświadomości.
Reasumując można powiedzieć, że w dobrej modlitwie ważny jest czynnik zamilknięcia.

Tekst homilii wygłoszonej przez ks. Adama na listopadowej wspólnotowej Mszy św.

piątek, 25 listopada 2011

Św. Franciszek Salezy - patron dziennikarzy i prekursor teologii świeckich


Św. Franciszek Salezy został patronem prasy katolickiej, ponieważ jako kapłan w swojej pracy duszpasterskiej posłużył się nowatorską jak na swoje czasy formą krótkich artykułów w postaci ulotek, w których objaśniał prawdy wiary.

W rok po uzyskaniu święceń kapłańskich, w roku 1594 udał się w charakterze misjonarza ludowego do kantonu Chablais w Szwajcarii, by umocnić w wierze katolików i ustrzec ich przed przejściem na kalwinizm. Próbował ponadto odzyskać dla Kościoła katolickiego tych, którzy odpadli od wiary i już przeszli na kalwinizm. Wśród wielkich trudów Franciszek musiał przemierzać wysokości Alp, dochodzących w owych stronach do ponad 4000 m. Odwiedzał wioski i poszczególne zagrody wieśniaków. Miał dar nawiązywania kontaktu z ludźmi, umiał ich przekonywać, swoje spotkania okraszał humorem.

Na murach i parkanach wiosek i miasteczek rozlepiał ulotki ze zwięzłymi objaśnieniami prawd wiary. Jego parafianie niemal co tydzień znajdowali nowe teksty. Krótkie traktaty podejmowały konkretne tematy, były pisane językiem żywym i obrazowym.

Było to prekursorskie wykorzystanie prasy w ewangelizacji – co prawda 140 lat wcześniej ukazała się pierwsza drukowana Biblia Gutenberga, ale dotychczas nikt nie wykorzystał prasy do drukowania cotygodniowych artykułów ewangelizacyjnych. Dzieło św. Franciszka Salezego uwieńczył sukces – większość mieszkańców kantonu Chablais pozostało wiernych Kościołowi, ponadto sam Święty jest do dziś wzorem dla pracowników mediów katolickich. Kościół w 1923 roku ogłosił św. Franciszka Salezego patronem dziennikarzy i redaktorów prasy katolickiej.

Jednym z najbardziej popularnych jego dzieł jest Filotea, dedykowana osobom świeckim, pragnącym żyć w duchu Ewangelii pośród codziennych obowiązków. W ten sposób stał się prekursorem teologii laikatu, która w pełni rozwinęła się w drugiej połowie XX wieku. Rady, jakich udzielał w Filotei, były bardzo praktyczne i dotyczyły np. codziennego rachunku sumienia zalecanego wieczorem:

1. Dziękujmy Bogu, że nas zachował przy życiu w ciągu dnia ubiegłego.
2. Badamy, jak żeśmy się zachowali w każdej godzinie dnia. Aby nam to poszło łatwiej, przypominamy sobie, gdzieśmy byli, z kim przestawaliśmy i czym byliśmy zajęci.
3. Gdy się okaże, żeśmy spełnili coś dobrego, dziękujmy za to Bogu. Gdy przeciwnie, popełniliśmy coś złego myślą, słowem lub uczynkiem, przepraszamy Majestat Boski, postanawiamy spowiadać się z tego przy pierwszej sposobności i przyrzekamy troskliwą poprawę.
4. Następnie polecamy Opatrzności Bożej swoją duszę i ciało, Kościół św., krewnych i przyjaciół. Prosimy Najśw. Pannę, Anioła Stróża i Świętych Pańskich, by czuwali nad nami i za nas. I z błogosławieństwem Boga udajemy się na spoczynek, którego potrzeba płynie z Jego woli.

niedziela, 20 listopada 2011

WARUNKI DOBREJ MODLITWY

Na październikowej Mszy św. kolejną homilię na temat modlitwy wygłosił ks. Adam. Wskazał na cztery warun­ki dobrej modlitwy.

Pierwszym warunkiem, postawionym przez Chrystusa, jest samotność, mo­dlitwa w ukryciu. Idzie o zamknięte drzwi swojej izdebki, o sprawę samot­ności i poszukiwania jej z wysiłkiem. Często trzeba tej samot­ności szukać, żeby się oddalić od ludzi i mieć możność rozmowy z Pa­nem Bogiem. Chrystusowi chodzi przede wszystkim o to, żeby nikt się nie modlił ze względu na ludzi - to, co piętnował u faryzeuszów, ale żeby szu­kać w mo­dlitwie wyłącznie spotkania z Panem Bogiem. Pan Jezus sam się nie mógł modlić w swojej izdebce, bo takiej nie posiadał, stąd też szedł często na miejsca pustynne albo czasem na górę, żeby tam spotkać się ze Swoim Oj­cem. Chodzi jednak nie tylko o odosobnienie fizyczne, bo cza­sem trudno coś takiego zdobyć w naszych warunkach. Chodzi o coś bar­dziej głębsze­go – o świadomość obecności Boga.

Jak podkreślił ks. Adam, pierwszym i podstawowym warunkiem modlitwy jest świadomość, że Bóg mnie widzi, że ja stoję przed Bogiem. Dlatego Chrystus wyraźnie mówi – „Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda to­bie.” Każdy człowiek, który próbuje rozwijać swoje życie modlitwy, roz­poczyna od tego aktu – od uświadomienia sobie, że stoi przed Bogiem, że Bóg go widzi.

Drugi warunek dobrej modlitwy to oszczędność słów w modlitwie. Wielo­mówność na modlitwie jest niegodna zarówno Boga, jak i człowieka. Nie­godna jest Boga, bo Panu Bogu nie trzeba tłu­maczyć wnikliwie i szczegó­łowo, o co chodzi. Pan Bóg wie, czego nam tak naprawdę potrzeba. I to można wyrazić w bardzo oszczędny i prosty sposób.

Wielomówność jest również niegodna człowieka, ponieważ świadczy o ja­kimś braku odpowiedzialności za słowa.
O wielkości człowieka w dużej mierze decyduje jego odpowiedzialność za każde słowo. Panu Bogu nie chodzi o słowa naszych warg, lecz bardziej o mowę serca. Modlitwa jest mową serca, serce zaś niezwykle precyzyjnie formułuje każde słowo i nie wypowiada tych słów na próżno i bez pokrycia. Jak pa­miętamy, Pan Jezus powiedział – Ten lud czci Mnie tylko wargami, a ser­ce ich jest daleko ode Mnie, ale czci Mnie na próżno.

Jeżeli chodzi o wielomówstwo, to jeszcze jeden element trzeba tu wziąć pod uwagę. Mianowicie zasypywanie słowami Pana Boga stawia jak gdy­by całą modlitwę na głowie, wysuwa bowiem na pierwszy plan czło­wieka. Jeżeli modlitwa jest moim osobistym spotkaniem z Panem Bogiem, to w takim spotkaniu o wiele więcej do powiedzenia ma Pan Bóg mnie, niż ja Panu Bogu. A więc bardziej trzeba się nastawić na słuchanie. Bóg ma mi wiele do powiedzenia.

Trzeci warunek ewangelicznej modlitwy, na który zwrócił uwa­gę ks. Adam, to wytrwałość. Św. Lukasz w rozdziale 18 zano­tował taką sytuację: ”Pan Jezus opowiedział przypowieść o tym, że zawsze powinno się modlić i nie ustawać. – W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdo­wa, która przychodziła do niego z prośbą – Obroń mnie przed moim prze­ciwnikiem. – Przez pe­wien czas nie chciał, lecz potem rzekł do siebie – Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadrę­czała mnie. – I dodaje Pan Jezus – Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia mówi. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powia­dam wam, że prędko weźmie ich w obronę.”

Wytrwałość na modlitwie jest ogromnie ważna. Chrystus akcentuje ją w kilku innych przypadkach na kartach Ewangelii. Można by zadać pytanie, dlaczego? Otóż ona ukazuje, do jakiego stopnia człowiekowi na danym darze zależy. Jeżeli komuś nie zależy, to nie będzie prosił. Powie raz i na tym skończy. Wytrwałość w modlitwie jest w jakimś stopniu również wykład­nikiem wiary człowieka, jego zaufania Panu Bogu. Ta wytrwałość z kolei powoduje wzrost w wierze. Wytrwałość również zbliża do Pana Boga.

Kolejny, czwarty warunek dobrej modlitwy, to pokora, czyli zajęcie właściwej po­stawy wobec Boga i wobec ludzi. Odnalezienie odpowiedniego dla sie­bie miejsca tak wobec Boga, jak i wobec ludzi. I tu znowu przypowieść ewan­geliczna
o faryze­uszu i celniku, którzy przyszli się modlić do świąty­ni. Pan Jezus mówi
w Ewangelii św. Lukasza: ”Faryzeusz stanął i tak się modlił w duszy – Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszu­ści, cudzo­łożnicy albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w ty­godniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam. – Natomiast cel­nik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu. Bił się w piersi, mó­wiąc – Boże, miej litość dla mnie grzesznika. – I kończy Pan Jezus, mó­wiąc: Powiadam wam, ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tam­ten.” Dla­czego?

Faryzeusza gubiła pycha. On nawet przed Panem Bogiem zestawia siebie z innymi ludźmi, lekceważąco patrzy na modlącego się celnika. Modlitwa człowieka pysznego, który nie wie, kim jest przed Bogiem i wynosi się nad innych, nie zostanie wysłuchana. Natomiast celnik, jak zaznacza Ewangeli­sta, nie śmiał spojrzeć w niebo i bił się w piersi. On się nie zestawiał z in­nymi, wiedział, że jest grzeszny wobec Pana Boga, dlatego prosił o litość.

Przy okazji ks. Adam zwrócił uwagę, że pokorna modlitwa, połączo­na z wyznaniem grzechów, daje człowiekowi usprawiedliwienie. To jest nam jakby na bieżąco potrzebne, bo świadomość naszych grzechów gdzieś tam człowieka przytłacza, zaczyna go spychać gdzieś na manowce, rodzi przy­gnębienie i smutek. I dlatego właśnie ta pokorna modlitwa otwiera możli­wość usprawiedliwienia. Daje dar miłosierdzia, gładzi grzechy, po­nieważ zawsze jest wyznaniem wiary i zawierzeniem Bogu. A każdy akt wiary ożywiony miłością usprawiedliwia człowieka.

Podsumujmy jeszcze raz cztery warunki dobrej modlitwy:

świadomość obecności Boga,
samotność,
oszczędność w słowach,
wytrwałość i pokora.

Te cztery warunki występują nie tylko w chrześci­jańskiej, ale w każdej au­tentycznej modlitwie. Warto sobie o tych praw­dach wynikajacych z Ewan­gelii, które się nam mogą jakoś wymykać, czasem przypomnieć, żeby rzeczywiście dosko­nalić i bardziej zadbać o to, co w bardzo prosty sposób określamy w kate­chiźmie, że „modlitwa to rozmowa z Bogiem”.

Niech więc będzie modlitwa, która dokonuje się w tych warunkach, które wskazuje nam Chrystus w Ewangelii, coraz doskonal­sza.

piątek, 4 listopada 2011

Trzydzieści dwa lata temu

Trzydzieści dwa lata temu, dnia 24 listopada 1979 roku, zginęła w wypad­ku samochodowym członkini naszej Wspólnoty, pielęgniarka z Chrzanowa Janina Woy­narowska, obecna Sługa Boża i kandydatka na ołtarze. Jak napisała o niej jedna z członkiń naszej Wspólnoty – „Janka miała bardzo pozytywny stosunek do życia, do każdego człowieka. Wszędzie widziała dobro, nawet w złem, które ma jakiś cel. Nie zniechęca­ła się. Uważała, że Wspólnotą posługuje się Bóg."

Poniżej zamieszczam krótki wiersz Janiny Woynarowskiej z tomiku poezji "W DRODZE", wydanym pośmiertnie w roku 2004 przez Wydawnictwo św. Stanisława BM w Krakowie.

LISTOPAD

Rozświetliły się cmentarze
pamięcią topniejących świec,
rozkwitły na nowo kwiatami,
jak w imieninowe dni,
ożywiły szeptem
odmawianych modlitw,

zapukały do serc żywych
dawno umarłymi wspomnieniami.
Zadumały się brzozy płaczące
nad ludzkim bytem
– a Krzyż
górujący nad kopcami mogił
łączył dwa światy Nadzieją
Zmartwychwstania.

poniedziałek, 3 października 2011

Czy umiesz rozmawiać z Bogiem?

Poniższy tekst jest homilią, wygłoszoną przez ks. Adama na wspólnotowej wrześniowej Mszy św.



Chcemy zatrzymać się nad zagadnieniem modlitwy. Jak wiemy, można na ten temat wiele i w różny sposób mówić. Proste pytanie, czym jest modlitwa, można w różny sposób ubrać w słowa. Można by powiedzieć, że jest to niezwykle doniosła umiejętność w życiu religijnym. Umiejętność, którą opanowuje się z dużym trudem, z dużym wysiłkiem, często w przeciągu długiego czasu. Mówi się, że modlitwa to rozmowa z Bogiem. Takie jest chyba najprostsze określenie, ale ono zawiera również całą bogatą rzeczywistość. Warto o tym wiedzieć i trzeba to podkreślać, że modlitwa jest łaską. Jest niezwykle bogatym nowym światem, w który wprowadza człowieka Pan. Używając określenia św. Teresy Wielkiej „modlitwa to przyjacielskie spotkanie z Bogiem, o Którym wiem, że mnie kocha.” A więc to najważniejsze, najwspanialsze wydarzenie, jakie człowiek może przeżyć na ziemi.

Uczymy się pacierza. Mówimy pacierz. Często wiele wysiłku rodzice wkładają w to, żeby dziecko nauczyć pacierza. Natomiast rzadko kiedy podejmujemy trud opanowania sztuki modlitwy. Czym jest pacierz? Pacierz jest jedną z praktyk religijnych, która polega na wyrecytowaniu, wypowiedzeniu słów modlitwy, formuł modlitewnych. I z tej racji pacierz jest dziełem człowieka. Natomiast czym jest modlitwa? Wychodząc od powyższego określenia św. Teresy można by powiedzieć, że jest spotkaniem z żywym Bogiem. Z tej racji modlitwa będzie zawsze dziełem Boga i człowieka. Jest również - można by tak powiedzieć – pewną formą miłości. Każdy, kto kocha Boga, ten się modli i każdy, kto się prawdziwie modli, wypowiada swoją miłość wobec Pana Boga. Ponieważ dzisiaj trudno jest o mistrza, o takiego dobrego przewodnika na drodze modlitwy, dlatego warto poprosić Chrystusa, tak jak kiedyś prosili apostołowie: „Panie, naucz nas się modlić.”

Umiemy odmówić pacierz. Apostołowie też umieli, modlili się słowami pacierza żydowskiego trzy razy dziennie. Chodzi nam jednak o coś więcej, o opanowanie sztuki chrześcijańskiej modlitwy. Dlatego spróbujemy prześledzić zachowanie Chrystusa na modlitwie. Warto zwrócić uwagę na taki szczegół, mianowicie kiedy do Pana Jezusa zgłaszali się chętni, chcąc wejść do kręgu uczniów, niczego nie tłumaczył, nie wyjaśniał, po prostu mówił: „Pójdź za Mną.” Tak więc przykład Chrystusa odgrywa niezwykle doniosłą rolę w rozwoju życia religijnego. Może nawet czasem w wielu przypadkach ważniejszą niż same słowa, do tego stopnia ważną, że słowa Chrystusa zyskują właściwą interpretację dopiero wtedy, kiedy skomentujemy je Jego przykładem. Stąd też spróbujemy właśnie taką obserwację przeprowadzić.

Oto poranna modlitwa Chrystusa. Poprzedni dzień, jak w sposób kronikarski notuje św. Marek, był dla Jezusa bardzo pracowity. Pisze:”Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych, i całe miasto było zebrane u drzwi.” Więc, jak możemy się domyślać, skoro to już było po zachodzie słońca, Chrystus poszedł późno spać. I dalej pisze św. Marek:”Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne i tam się modlił.” A więc nie chodzi o odmówienie porannego pacierza, który czasem bywa gdzieś tam w pośpiechu poranka dość szybko potraktowany, ale Jezus wyraźnie szuka miejsca pustynnego, to znaczy samotnego, i chce się spotkać ze swoim Ojcem w blaskach wschodzącego słońca. Można by powiedzieć, że tylko ten potrafi właściwie zrozumieć ten cytowany fragment Ewangelii, kto przynajmniej raz w życiu tęsknił do tego, by uciec od ludzi, by rzeczywiście gdzieś znaleźć się na pustyni, w ciszy, w samotności, by być sam na sam z Bogiem. Tylko ten, kto zrozumiał, że modlitwa jest warunkiem duchowego rozwoju człowieka, warunkiem doskonalenia jego serca; że aby wzrastać, trzeba przebywać z Bogiem, trzeba przebywać z Duchem większym od naszego ducha. Chrystus chcąc się spotkać ze swoim Ojcem szuka takich miejsc, które są miejscami samotności, są na osobności. I to jest pierwszy wniosek , który musimy wysnuć obserwując naszego Mistrza – samotność, odosobnienie.

Modlitwa wieczorna Jezusa. Po cudownym rozmnożeniu chleba, kiedy polecił uczniom, żeby przepłynęli na drugi brzeg, równocześnie odprawiając tłumy – jak zaznacza św. Mateusz – „Wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał.” Wieczorna modlitwa Chrystusa przeciągająca się długo w noc, sam jeden na górze. Dopiero o czwartej straży nocnej, a więc nad ranem, przyszedł do uczniów krocząc po jeziorze. Czasami ta modlitwa wieczorna przeciąga się na całą noc, zwłaszcza kiedy Chrystus podejmuje ważną decyzję. Oto spotkanie z Ojcem przed wyborem dwunastu apostołów. Św. Łukasz pisze:”Jezus wyszedł na górę, aby się modlić i całą noc spędził na modlitwie do Boga. Z nastaniem dnia przywołał swoich uczniów i wybrał spośród nich dwunastu.” Możemy się tylko domyślać, jak dramatyczna to była noc i modlitwa. Stosunkowo łatwo było wybrać jedenastu, ale zgodzić się na dwunastego, na Judasza? Tak Ojciec, jak i Syn doskonale wiedzieli, jaki dramat czeka tego właśnie człowieka.

Inaczej wygląda modlitwa Chrystusa w ciągu dnia – w pracy, w czasie publicznej działalności. Oto sam początek: Kiedy cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest. A gdy się modlił, otworzyło się niebo, a z niego odezwał się głos:”Tyś jest Mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie.” Najkrócej moglibyśmy zatytułować – „modlitwa spotkania z Ojcem”. To jest chyba jedyny fragment Ewangelii, gdzie słyszymy Ojca przemawiającego do Syna. Piękne wyznanie miłości, gdzie Ojciec mówi:”Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie.” Inna sytuacja - Chrystus przerywa swoje kazanie, żeby wznieść modlitwę do Ojca:”Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi a objawiłeś je ludziom prostym. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie.” Tu z kolei dziękczynienie za udostępnienie ludziom prawdy o życiu wiecznym, i to ludziom prostym, zwyczajnym.

I dalej św. Mateusz odnotowuje również ważną informację:”Przynoszono Mu dzieci, aby włożył na nie ręce i pomodlił się za nie.” Piękny obraz. Niektórzy się oburzali. Obserwujemy, jak Jezus modli się za dzieci. Modlił się zresztą w wielu innych sytuacjach. Kiedy popatrzymy na przestrzeni Ewangelii, to modlił się, ile razy wziął chleb do ręki, błogosławił i łamał, modlił się w świątyni, z powrozem dosłownie bronił świętości tego miejsca jako domu modlitwy, modlił się w czasie czynienia cudów. Również wspaniała modlitwa przed wskrzeszeniem Łazarza.

Modlitwa w toku pracy – tak moglibyśmy nazwać ten rodzaj modlitwy Chrystusa. Chrystus ustawicznie podnosi do Boga Ojca to, co w danym momencie jest w zasięgu Jego ręki – czy to jest tłum, czy to jest dziecko, czy to martwy przyjaciel, czy chleb. Modlitwa, która w każdej sytuacji wznosi do Boga rzeczywistość zwykłego ludzkiego życia. To jest przykład dla nas, jak ona może przenikać, jak dotykać tych spraw, z którymi się często zmagamy, które podejmujemy w naszych obowiązkach w ciągu całego dnia.

Całe życie Chrystusa było modlitwą. Przykład Zbawiciela jest bardzo wymowny. Kiedy chcemy dotknąć tajemnicy modlitwy, to trzeba spojrzeć na Chrystusa. Nasze rozważania warto zakończyć tymi słowami, z jakimi zwrócili się kiedyś apostołowie do Chrystusa – Naucz nas modlić się. Naucz cenić chwile ciszy, samotności, skupienia. Naucz podnosić wszystko, czym żyjemy, do naszego Ojca. Naucz cenić czas porannej i wieczornej modlitwy. Naucz zamieniać życie i cierpienie w modlitwę, tak by ostatnim jej wersetem były słowa:”Ojcze, w ręce Twoje powierzam ducha mojego.”

ks. Adam Ogiegło

niedziela, 18 września 2011

Kiedy przyjechałam do Krakowa szukać liceum korespondencyjne

Dr Piotrowicz poznałam w 1964 r. poprzez panią Annę poszukując noclegu w Krakowie. Już wtedy zauważyłam jej szlachetne serce, gdy obcej dziewczynie z dalekiej prowincji, która przyjechała szukać liceum korespondencyjne, kiedy zastała ją noc, udzieliła bezinteresownej pomocy. I tak zaczęła się nasza znajomość, która przetrwała do 2008 r.

Ciocia Myszka, bo tak podpisywała się w korespondencji do mnie, była mi wsparciem moralnym i duchowym. Zastępowała mi zmarłą mamę, okazywała wiele serdeczności i udzielała rad i wsparcia psychicznego, a nawet materialnego w trudnych sytuacjach. Po moim wyjeździe z Krakowa w 1975 r. dalej mnie wspierała przez częste listy, rozmowy telefoniczne, a nawet wieczorne i nocne rozmowy, na które mogłam przyjechać, jeżeli miałam taką potrzebę. Zawsze znalazła czas i siły.

Dziękuję Bogu, że postawił drogą mi "ciocię", która była mi matką duchową, na drodze mojego życia. Moją wdzięczność pragnę wyrazić przez modlitwę w każdy wtorek, który był dniem jej śmierci. Przyznam, że bardzo mi jej brakuje.

Wspomnienie o śp. Marii Piotrowicz spisała Maria S. w sierpniu tego roku.