czwartek, 25 kwietnia 2013

Co mówił niesprawiedliwy sędzia?

W najbliższym czasie chcemy trochę więcej uwagi poświęcić sprawom dotyczącym modlitwy. Jest to ważny wymiar życia duchowego, a więc trzeba abyśmy również temu zagadnieniu nieco czasu poświęcili. A ponieważ w Ewangelii jest doskonała szkoła modlitwy, więc warto będzie się pochylić również nad tekstami ewangelicznymi, które to zagadnienie poruszają i równocześnie pokazują nam, jak we właściwy sposób sobie radzić z modlitwą.

W Ewangelii św. Łukasza jest pewna przypowieść, która może być ilustracją do naszego dzisiejszego rozważania. „Powiedział im też przypowieść o tym, że zawsze powinni modlić się i nie ustawać. W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą – Obroń mnie przed moim przeciwnikiem. Przez pewien czas nie chciał, lecz potem rzekł do siebie – Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała mnie. – I Pan dodał – Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia mówi. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie. Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”

Wydaje się, że ta przypowieść jest jak najbardziej aktualna na dzisiejsze czasy, bowiem coraz – chyba - bardziej się przekonujemy, że żyjemy w świecie, który Boga się nie boi, z ludźmi coraz bardziej się nie liczy. I właśnie o takiej sytuacji Pan Jezus mówi w tej przypowieści, mając na uwadze nasze dobro. Wskazuje w niej sposób zachowania, który umożliwia uwolnienie się z rąk ludzi nie liczących się ani z Bogiem, ani z ludźmi.

Pan Jezus posługuje się tutaj obrazem sędziego, którego do interwencji w obronie wdowy zmusiła jej usilna prośba. Chciał się od niej uwolnić po prostu, żeby mu już dała święty spokój. Ten motyw wytrwałej modlitwy znamy z innej przypowieści o tym, jak to pewien człowiek pukał o północy do przyjaciela, chcąc pożyczyć od niego chleba dla gościa. Ale w tej przypowieści o wdowie jest coś jednak więcej, mianowicie sędzia Boga się nie boi i z opinią ludzi się nie liczy. To odsłania przed nami przestrzeń spotkań z wieloma współczesnymi ludźmi, którzy wyznają taki światopogląd, jaki miał ów sędzia. Obok nas ludzi podobnie myślących jak on jest wielu. Często w rękach mają prawo, władzę i trzeba umieć z takimi ludźmi współpracować, bo jeśli zajmują jakieś stanowiska w życiu społecznym to, mimo iż z Bogiem się nie liczą i są odporni na naciski opinii publicznej, z urzędu załatwiają wiele spraw i trzeba również te swoje sprawy umieć u nich załatwić.

To nie przypadek, że w tej przypowieści Pan Jezus wybrał sędziego, czyli przedstawiciela prawa. Prawnicy bowiem – takie mamy wrażenie – często czują się bezkarni, bo prawo mają po swojej stronie. Często może też myślą, że tej odpowiedzialności przed Najwyższym Sędzią nie będą mieć. Również przed tymi sądami ludzkimi jakoś się nie przejmują, bo mają dobre układy ze swoimi kolegami, którzy w razie czego ich po prostu wybronią. Iluż ludzi zostało skrzywdzonych przez tak myślących przedstawicieli prawa. Ostatnimi czasy również o tym słyszymy, o tych często niesprawiedliwych wyrokach, które zapadły w majestacie prawa i ktoś spędził często niewinnie ileś lat w więzieniu. Często wiele ludzkich tragedii przez to, no bo życie zniszczone, bo opinia, dobre imię zniszczone. No i niestety, to jest ta cząstka tego naszego świata. To jest jakby jeden wymiar tej przypowieści.

A drugi wymiar tej wypowiedzi jest związany z przedmiotem - to nie jest prośba o chleb, tak jak w tej innej przypowieści. To jest prośba o obronę przed złym człowiekiem. Wdowa znajduje się w zasięgu działania tego wroga, tego złego człowieka. Szuka pomocy i znajduje ją dzięki swojej wytrwałości, można powiedzieć natarczywości. Pan Jezus chwali mądrość wdowy. Nie stać jej było, bo była biedna, na wynajęcie sędziego i na zapłacenie mu za prowadzenie sprawy, ale jako wdowa miała prawo liczyć na obronę. I tym właśnie uporem, tą swoją niezłomnością wymogła to na tym niesprawiedliwym przedstawicielu wymiaru sprawiedliwości.

Celem tej przypowieści jest podkreślenie potrzeby modlitwy wytrwałej oraz uświadomienie uczniom Jezusa prawdy, że Ojciec Niebieski chce bronić tych, którzy są skrzywdzeni. Pan Jezus tutaj posługuje się kontrastem – jeśli niesprawiedliwego sędziego było stać na to, żeby obronić natrętną wdowę, to tym bardziej Sprawiedliwy Bóg będzie interweniował, gdy słyszy, jak dniem i nocą są do Niego zanoszone wołania o pomoc.

W innym miejscu, również w kontekście modlitwy, Pan Jezus mówi : „Proście, a otrzymacie.” Ten czas niedokonany – proście, czyli jak gdyby ciągłość tej natarczywej modlitwy, wskazuje na taką stałą postawę. Trzeba prosić nieustannie, można powiedzieć – trwać trzeba na modlitwie. Zastanawiają wypowiedziane właśnie w tym kontekście słowa Pana Jezusa, kończące ten fragment dramatyczne pytanie: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” Te słowa są pełne troski o to, by ludzie w zmaganiu z siłami zła trwali na modlitwie dniem i nocą, aż do Jego przyjścia u kresu dziejów.

Czasem można się spotkać z tym, że ktoś mówi „pomodliłem się do Pana Boga i mnie nie wysłuchał”. Tymczasem to nie jest kwestia tylko jednego „wrzutu” – takiej drobnej modlitewki, jak żetonu do aparatu, tylko to jest pewna postawa trwania przy Bogu, pewnej natarczywości, tak jak ta uboga wdowa, która wymogła na niesprawiedliwym sędzim, że ją wreszcie wziął w obronę.

Pytanie Pana Jezusa ma drążyć świadomość uczniów, aby nie zawiedli Mistrza. W szkole modlitwy jest to wyjątkowo ważne zadanie. Oczekiwanie na Dzień Sądu, czyli na objawienie pełnej sprawiedliwości, powinno być połączone z trwaniem na modlitwie. Kryzys wiary ujawnia się bowiem przede wszystkim w zaniku modlitwy. Jeśli modlitwa niknie, jeśli kogoś trzeba „naganiać” do modlitwy, jeśli ktoś nie chce iść do kościoła, to to jest sprawa braku wiary. Jeśli ktoś nie jest wierzący, to dla niego modlitwa nie ma żadnego znaczenia. Tymczasem to trwanie na modlitwie, jak to określa ten fragment dzisiejszej Ewangelii, pokazuje stałą dyspozycję człowieka bożego. Trwać na modlitwie to znaczy ciągle starać się to moje pragnienie kierować ku Panu Bogu, u Niego szukać pomocy, u Niego również szukać rozwiązania tego wszystkiego, co stanowi jakąś trudność dla człowieka.

Proście a otrzymacie.

homilia wygłoszona na lutowym dniu skupienia przez ks. Adama Ogiegło


wtorek, 5 marca 2013

Zabiorę się i pójdę... czyli zamyślenia nad Sakramentem Pokuty





„Opuszczałam konfesjonał tak zadowolona, z tak lekkim sercem i z uczuciem takiej radości w duszy jak nigdy. Odtąd spowiadałam się we wszystkie wielkie święta i ilekroć przystępowałam do spowiedzi, było to dla mnie prawdziwe święto.”

/ św. Teresa od Dzieciątka Jezus /


„Co się Bogu podobało wykonać w mej duszy w czasie chwil spędzonych u stóp spowiednika...może wypowiedzieć tylko ten, kto podobnych chwil doświadczył.”

/ św. Rafał Kalinowski /


„Powiedz duszom, gdzie mają szukać pociech, to jest w Trybunale Miłosierdzia, tam są największe cuda, które się nieustannie powtarzają. Aby zyskać ten cud, nie trzeba odprawić dalekiej pielgrzymki, ani też składać jakichś zewnętrznych obrzędów, ale wystarczy przystąpić do stóp zastępcy Mojego z wiarą i powiedzieć mu nędzę swoją, a cud Miłosierdzia Bożego okaże się w całej pełni.”

/ słowa Jezusa skierowane do siostry Faustyny Kowalskiej a zapisane w jej „Dzienniczku”/

Słowa tych wielkich przyjaciół niech staną się zachętą i wezwaniem, aby jeszcze raz pomyśleć nad tajemnicą Sakramentu Pokuty i Pojednania. Niech Duch Święty pomoże nam odrzucić te wszystkie uprzedzenia, zahamowania, czasem jakieś przykre wspomnienia związane z przyjmowaniem tego sakramentu. Chciejmy tak wewnętrznie „zabrać się i pójść” /por. Łk 15, 18a / wierząc, że i nasze niespokojne i poszukujące serce przyciągane jest miłością Tego, który pierwszy nas umiłował i wciąż czeka na naszą miłość.

Jeśli zdarzyło się nam, że narzekaliśmy na uciążliwość sakramentalnej spowiedzi, że łatwo krytykowaliśmy spowiedników, że niezbyt solidnie przygotowywaliśmy się do spowiedzi, że nie staraliśmy się o większy żal i poprawę, że może nawet nadużyliśmy kiedyś tego sakramentu...niech medytacja ta będzie przeniknięta żalem i chęcią wynagrodzenia Bogu.

A jeśli On pozwolił nam doświadczyć tego, jak „wielkich rzeczy” / por. Łk 1, 49 / dokonał i dokonuje przez ten sakrament, niech rozważanie nasze będzie uwielbieniem Boga i dziękczynieniem za Jego dzieła.

Na początku warto zdać sobie sprawę z tego, że sakrament pokuty jest drugim w kolejności / po chrzcie świętym/ sakramentem, który w naszym życiu przyjmujemy i również drugim / po Eucharystii /jeśli chodzi o częstotliwość przyjmowania. Pod pewnym względem jest sakramentem wyjątkowym. Wymaga bowiem nieustannego wysiłku ze strony człowieka. Nie jest łatwo odsłonić przed sobą, przed Bogiem i przed drugim człowiekiem – spowiednikiem – swoje najbardziej ukryte wnętrze – własne błędy, słabości, upadki, grzechy. Napotykamy w sobie opór, przeżywamy lęk, wstyd, zagrożenie, niepewność. Niejasne wydaje się odniesienie do Boga i Jego miłości. Trudno przebić się przez „mur” ludzkiej ograniczoności - własnej nieudolności w rozpoznawaniu, ocenianiu, wypowiadaniu się... Jak nieraz trudno pokonać w sobie wyłącznie naturalne, ludzkie tylko widzenie spowiednika. Nasze przygotowanie się do przyjmowania sakramentu pokuty nie jest czymś statycznym. Musi ono zmieniać się, niejako „rosnąć” z nami. To również wymaga trudu. A Jezus, który zna serce człowieka i wszystko o nim wie, prowadzi nas wprost do swojego wieczernika. I oto jesteśmy wraz z Apostołami w ów wieczór pierwszego dnia tygodnia po zmartwychwstaniu – J 20, 19-23.

Jest lęk, ale i oczekiwanie. Jest niepokój, ale i nadzieja. Jest ograniczoność człowieka, ale i wszechmoc Boga. Wtedy przychodzi On – Zmartwychwstały i mówi głosem przenikającym głębiny serca: „ Pokój wam!”. Pokazując ręce i bok przypomina cenę, jaką za nas „ zapłacił”, cenę jaką za mnie „zapłacił”. W tym milczącym, ale jakże wymownym geście, niejako jeszcze raz wyznaje cały bezmiar swej miłości.

Panie, nie umiem dziękować. Milczę. Przyjmij to moje milczenie. A Ty jeszcze raz mówisz: „Pokój wam!” A potem zaraz: „ Weźmijcie Ducha Świętego!” – to do Apostołów i do wszystkich kapłanów. Każdy kapłan jest więc „wyposażony”, umocniony, napełniony Duchem Świętym.

Wierzę w to mocno, Panie, bo to są przecież Twoje słowa. Wierzę również w to, że Duch Święty jest w szczególny sposób we mnie obecny, gdy przygotowuję się do spowiedzi, gdy wzbudzam żal, gdy wyznaję swe grzechy, gdy słucham słów kapłana i gdy potem, w świetle tej nauki próbuję zmieniać swoje życie.

Panie, kiedy słyszę Twoje słowa: „Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane.” /J 20, 23/, to odczuwam radość i wdzięczność, ale też i bojaźń. Wdzięczność, bo jakże prosty jest ten sakrament, nie trzeba długo szukać i czekać, nie trzeba, jak pisze s. Faustyna „odprawiać dalekiej pielgrzymki”. Przebaczający Chrystus jest jakby na „nasze zawołanie” – możemy wybrać czas, miejsce, spowiednika, a nawet wtedy, gdy w jakiejś wyjątkowo trudnej sytuacji nie ma kapłana, Bóg przebaczyć może nam grzechy, widząc nasz szczery żal.

Ale czuję też wewnętrzne „drżenie”, bojaźń – by nie nadużyć w niczym daru sakramentalnego przebaczenia, by nie obrazić Boga brakiem szacunku, lekceważeniem, automatyzmem, zeświecczeniem, a nade wszystko brakiem ufności. Ileż trzeba nam miłości, szacunku, powagi, ufności, radości... w przystępowaniu do spowiedzi świętej! Jak wiele trzeba nam modlić się za kapłanów, którzy mają powierzoną władzę „odpuszczania” lub „zatrzymywania” grzechów! Jakże nam wszystkim trzeba mocy Ducha Świętego, by z wielką wiarą, nadzieją i miłością przeżywać to każdorazowo wyjątkowe i cudowne spotkanie z przebaczającym Chrystusem.


Czym dla mnie jest Sakrament Pokuty? Warto pomedytować czasem nad tym, na przykład przy okazji przygotowywania się do tego sakramentu lub w czasie dziękczynienia – po jego przyjęciu.

I Sakrament Pokuty jako moje osobiste spotkanie z Chrystusem

Jest taki moment w życiu człowieka /może potrafię go sobie przypomnieć/, który by można wyrazić najkrócej i najpełniej słowami
z przypowieści o synu marnotrawnym: „zabiorę się i pójdę do mego ojca i powiem mu: ojcze, zgrzeszyłem.../Łk 15, 18a/. Jest to zaskakujące doświadczenie, najłatwiej bowiem i najbezpieczniej byłoby człowiekowi nigdzie „nie chodzić” i „nic nikomu nie mówić”.

I może pyta człowiek wtedy samego siebie: po co to robię, dlaczego mam przeżywać lęk i upokorzenie? Lepiej byłoby komuś drugiemu się wyżalić, napisać anonimowy list, skorzystać z Telefonu Zaufania lub po prostu o wszystkim nie myśleć i zapomnieć. Tak, są różne wyjścia. Ale niewystarczające, bo człowiek odkrywa w sobie tylko jedno wielkie i aż palące wewnętrznie pragnienie – spotkać się z Nim, z Chrystusem. To pragnienie – tak wielkie i tak mocne, sprawia, że człowiek jest w stanie pokonać wszystkie przeszkody – zewnętrzne i wewnętrzne i ”zabrać się i pójść” do Boga i Jemu samemu wyznać: „Ojcze, grzeszyłem... Przebacz!”


II Sakrament Pokuty jako dialog w prawdzie

„Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” - J 8, 32

Moje przyznanie się do winy, moje wyznanie winy, to prawda o mnie. Poznanie prawdy o sobie – najpierw w sumieniu – nie jest łatwe. Czasem jest to długi i bolesny proces. Wyznanie prawdy o sobie przed kimś drugim nie jest proste. Czasem wymaga wielkiego trudu. Wyznanie prawdy osobie, to jeden z warunków sakramentu pokuty – podczas spowiedzi świętej muszę wyznać moje grzechy przed spowiednikiem.

Chrystus, ten najlepszy Lekarz naszych dusz wie, że wyznanie prawdy, choćby była to prawda najtrudniejsza, nas wyzwala, otwiera, umacnia, leczy, uwalnia od siebie samych. I tak wyzwoleni, umocnieni, wreszcie otwarci – możemy otworzyć się na Bożą prawdę, na Boże Słowo.

W Sakramencie Pokuty, po wyznaniu grzechów, słyszymy Bożą prawdę przekazywaną przez kapłana. Prawdą tą próbujemy napełnić nasze życie, robimy postanowienia, odprawiamy sakramentalną pokutę; chcemy bardziej żyć Ewangelią.

III Sakrament Pokuty jako ufne i całkowite powierzenie się Bogu

Człowiek chciałby móc komuś całkowicie zaufać, czuć się „do końca” zaakceptowany, chciałby się komuś „bez reszty” powierzyć – takim jaki jest, na dobre i na złe. W Sakramencie Pokuty i Pojednania Bóg czeka, by spełnić to pragnienie człowieka.

W każdej spowiedzi mogę razem z Chrystusem powiedzieć: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego” / Łk 23, 46/. Nie chcę, Panie, by były to tylko ustami wypowiedziane słowa. Jesteś moim Bogiem, miłujesz mnie i całkowicie akceptujesz, szanujesz moją wolność i dlatego czasem tak długo czekasz, bym w Twoje miłujące ręce powierzyła Ci siebie – swego ducha – moje największe tajemnice, najskrytsze cierpienia, najboleśniejsze doświadczenia, najdotkliwsze rozterki. A więc tak, Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego.


IV Sakrament Pokuty jako kontemplacja Męki Pańskiej

Wcześniej czy później, przyjmowanie Sakramentu Pokuty zaprowadzi mnie do Chrystusowego Krzyża. Staję przed Tobą, Panie, i wpatruję się w Twoje ukrzyżowane Ciało. Wpatruję się w Twoje Najświętsze Rany i oczu od nich oderwać nie mogę. Już mi tych oczu nie wystarcza, już mi łez nie wystarcza. Pragnę przylgnąć do tych krwawiących Ran całym swym sercem, umysłem, mocą, całym swym jestestwem. Przed Tobą, Panie, klękam i wyznaję całą nędzę swoją, przed Tobą, Panie, na twarz upadam i żałuję, że nie potrafię żałować. I całuję Twoje Najświętsze Rany, bo „ w Twoich ranach jest nasze zdrowie” i po stokroć błagam:
„Jezu mój, we krwi ran Twoich
Obmyj duszę z grzechów moich”

/Gorzkie Żale /


V Sakrament Pokuty dostąpieniem Miłosierdzia Bożego

Uświadomienie sobie własnych grzechów, słabości, niedoskonałości – jako odejścia od Boga, jako sprzeniewierzenie się Jemu, jako odrzucenie miłości, którą On nas nieustannie obdarowuje – prowadzi nas do żalu za grzechy. Świadomość, że Bóg nas kocha pomimo naszych grzechów, ten żal potęguje. Jakże wielka winna być nasza wdzięczność i miłość wobec Boga, który już tak wiele grzechów nam przebaczył i ciągle przebacza.

Jak Ci dziękować, Panie, za Twe Miłosierdzie, za każde przebaczenie grzechów, za te przecudowne słowa, które podczas każdej spowiedzi świętej wypowiadasz ustami kapłana: I ja odpuszczam tobie grzechy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Dziękuję, Boże! Amen.


VI Sakrament Pokuty i działanie Ducha Świętego

Ustanawiając Sakrament Pokuty Chrystus powiedział do Apostołów: „Weźmijcie Ducha Świętego”. Obecność Ducha Świętego, Jego działanie w tym sakramencie jest – na mocy słów Chrystusa – rzeczywistością. Można tu odnieść słowa św. Pawła: „...miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” /Rz 5, 5/. Sakrament Pokuty jest szczególnym miejscem „rozlewania się miłości Bożej w sercach naszych przez Ducha Świętego”. Duch Święty zostaje dany spowiednikowi, ale także penitentowi. To On, Duch Święty, daje światło, umacnia, dopowiada, uzupełnia, naprawia. Dzięki Jego działaniu zdarza się – czego mamy możność niekiedy doświadczyć, że spowiednik zrozumie o wiele więcej niż umieliśmy wytłumaczyć, że odpowiada na wątpliwości, których nie zdołaliśmy wypowiedzieć, że podsuwa do rozważenia najbardziej potrzebne nam fragmenty Pisma Świętego.

Jakże wielka jest moc Słowa Bożego usłyszanego w konfesjonale! Miłość, którą Duch Święty rozlewa w sercach naszych podczas przyjmowania Sakramentu Pokuty jest tą miłością, o której św. Jan Ewangelista tak mówi: „W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk...” /1 J 4,18a /

Doskonała miłość, a jest nią miłość Boża dana nam przez Ducha Świętego, usuwa lęk. Jesteśmy wolni, wolnością dzieci Bożych! /por. Rz 8, 21 b /. W przestrzeni tej wolności Duch Święty przemienia, kształtuje i uświęca dialog penitenta i spowiednika.

VII Sakrament Pokuty jako udział w tajemnicy Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa

Podczas każdej spowiedzi świętej kapłan wypowiada nad penitentem słowa rozgrzeszenia:

BÓG, OJCIEC MIŁOSIERDZIA, KTÓRY POJEDNAŁ ŚWIAT ZE SOBĄ, PRZEZ ŚMIERĆ I ZMARTWYCHWSTANIE SWOJEGO SYNA I ZESŁAŁ DUCHA ŚWIĘTEGO NA ODPUSZCZENIE GRZECHÓW, NIECH CI UDZIELI PRZEBACZENIA I POKOJU PRZEZ POSŁUGĘ KOŚCIOŁA.
I JA ODPUSZCZAM TOBIE GRZECHY W IMIĘ OJCA I SYNA, I DUCHA ŚWIĘTEGO.

Odnajduję w tych słowach tę samą moc Bożą, która ujawniła się w akcie stworzenia świata: „I stała się światłość”/ Rdz 1, 3/.
W słowach rozgrzeszenia odnajduję moc słów Chrystusa czyniącego cuda: „ odpuszczają ci się twoje grzechy...”/ Mt 9. 2b /
„tobie mówię, wstań...” /Łk 7, 14b/ „Chcę, bądź oczyszczony...” /Mk 1, 41b /

I oto teraz, gdy podczas spowiedzi świętej kapłan wypowiada słowa rozgrzeszenia, wiem że to sam Bóg do mnie i nade mną mówi te słowa. Przeżywam to bardzo osobiście – przez pryzmat dopiero co wyznanych grzechów i mojego żalu. Mam świadomość – dzięki pomocy Ducha Świętego – że przez Boga wypowiedziane nade mną słowo ma moc stwórczą i zbawczą. Odpowiadam: Amen.

Sakrament Pokuty, a przypominają nam o tym słowa rozgrzeszenia, jest szczególnym zbliżeniem się do Chrystusa w tajemnicy Jego Śmierci i Zmartwychwstania. Kiedy przygotowując się do spowiedzi świętej patrzę na Krzyż, uświadamiam sobie, że moje grzechy były i są przyczyną męki i śmierci Chrystusa: „On był przybity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy...” / Iz 53, 5a /

Czasem Sakrament Pokuty jest dla nas wielkim trudem. Ileż trzeba nieraz wysiłku, by porzucić grzech i okazje do niego, jak długo czasem trzeba walczyć ze sobą, by nazwać zło po imieniu, jak bolesne jest wyznanie pewnych win, ileż kosztuje nas przyznanie się przed sobą do ciągłych porażek, jak boli nas zgodzenie się na swoją słabą, niedoskonałą, ludzką kondycję... Tak, grzech i wszystko, co z nim związane ma w ostatecznym rozrachunku coś z umierania, coś ze śmierci. Grzech ciężki powoduje utratę życia Bożego w nas, czyli śmierć duchową.

W Sakramencie Pokuty następuje nasze przejście od śmierci do życia. Zbliżamy się do Chrystusa z naszą grzesznością – a więc niesiemy w sobie jakiś element śmierci, realnie to przeżywamy – budzi się w nas lęk, wstyd, obciążenie, upokorzenie. A równocześnie jest w nas pragnienie wyzwolenia, oczyszczenia, zdrowia, życia. Stajemy wobec Chrystusa – Syna Bożego - Świętego – który z miłości do nas przeszedł przez mękę i śmierć na krzyżu. I zmartwychwstał – zwyciężył śmierć! Stajemy przed Nim, by On nas przeprowadził ze śmierci do życia. A On zanurza nas w tajemnicy swej śmierci i zmartwychwstania i dokonuje się nasze przejście. Radość z przebaczenia grzechów w Sakramencie Pokuty głęboko zakorzeniona jest w radości paschalnej.


B.H.




wtorek, 26 lutego 2013

MODLITWA A PODŚWIADOMOŚĆ

Jezus jest najdoskonalszym mistrzem modlitwy, On wie, że jej drogą jest wtajemniczenie. Każda bowiem jest nawiązaniem kontaktu z żywym Bogiem. Ktokolwiek chce wejść w ten kontakt, winien zatrzymać się nad wypowiedziami Jezusa na temat modlitwy. Trzeba odkryć metody, jaką On stosuje, żeby nauczyć swych uczniów modlitwy, trzeba również podpatrzeć, w jaki sposób On sam kontaktuje się z Ojcem.

W tym celu warto się zatrzymać nad tekstami Ewangelii, w których jest widoczna troska Jezusa o to, byśmy się nauczyli modlitwy. Jest bowiem ona podstawowym chlebem życia religijnego. Jak oddech jest potrzebny do życia tutaj na ziemi, tak modlitwa jest potrzebna do życia religijnego. Szczęśliwy jest ten, kto opanował sztukę takiego duchowego oddechu pełną piersią i czystym boskim tlenem.

Jednym z tekstów, na który warto zwrócić uwagę, jest Kazanie Jezusa na górze. Wtedy Jezus mówił tak – Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni to lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam, otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki i zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.

Pan Jezus dostrzega poważne zagrożenie dla życia modlitwy, a jest nim wzgląd na ludzi. Modlitwa na pokaz nie podoba się Bogu. W środowisku żydowskim widocznie musiało być sporo takich "pobożnych" ludzi, którzy się modlili publicznie, chcąc jak gdyby na siebie zwrócić uwagę. Pan Jezus przypomina, że całe nasze życie religijne winno być dyskretne, a objawem pobożności i bliskiego kontaktu z Bogiem powinny być czyny człowieka. To dyskretne życie religijne jest jakimś odniesieniem serca człowieka do Boga. Jeśli tego odniesienia braknie, to życie religijne zanika. Nie chodzi tu o jakąś nieustanną świadomość tego, że Bóg na mnie patrzy, ale o takie życie, w którym podświadomie jesteśmy pewni obecności Boga i czujemy tą obecność. Jak czasem w lecie, gdy jest przychmurzone niebo, chociaż słońca nie widać, ale czujemy jego ciepło, które przenika gdzieś tam przez chmury. Z obecnością Bożą jest tak, że nie widząc Boga, jesteśmy pewni Jego obecności, bo ta energia Boża do nas dociera.

Jednym z ważnych sekretów modlitwy jest to, żeby bardziej ona była funkcją podświadomości niż świadomości. Tak jak podświadomie oddychamy i rzadko dziękujemy Bogu za każdy łyk tlenu, tak i podświadomie powinniśmy żyć obecnością Boga. Rzecz jednak w tym, że nie rodzimy się z taką rozbudowaną podświadomością. Podświadomość musimy dopiero kształtować. W zdecydowanej mierze my decydujemy o tym, co w tą podświadomość wkładamy. Jeśli włożymy w nią pieniądze, to ciągle będziemy myśleć o nich. Jeśli podświadomość wypełnimy pretensjami do otaczającego świata, to ciągle będzie w nas jakieś narzekanie i niezadowolenie.

Jeśli jednak w podświadomość wniknie miłość do drugiego człowieka, to ona dominuje w naszym życiu i nią będziemy patrzeć na wszystko i na wszystkich. Ten kto świadomie i dobrowolnie włoży w swoją podświadomość spoczywający na nim wzrok Boga, już bez tego wzroku jakoś nie potrafi żyć. I na tym właśnie polega najważniejszy sekret modlitwy, której Pan Jezus nas uczy. Ten więc, kto umie się modlić, na chwilę przenosi się z podświadomości do świadomości, wyrażając tą prawdę, że Bóg jest obecny, że jest, czuwa nade mną tu i teraz. Natomiast ten, kto się uczy dopiero modlić, rozpoczyna od świadomości – że Bóg na niego patrzy, że go słucha. I przez takie systematyczne przeżywanie tej prawdy stara się o to, by na stałe umieścić ją w podświadomości.

Z punktu widzenia praktycznego ważny jest czas na modlitwę; taki, by w nim inni ludzie nie przeszkadzali w spotkaniu z Ojcem Niebieskim. Trzeba szukać fizycznej przestrzeni, która pomaga w tej modlitwie. Jedni modlą się, gdy wstaje słońce, patrzą przez okno, inni spoglądają na wiszący na ścianie krzyż czy obraz religijny, jeszcze inni otwierają na kilka minut Pismo św. albo biorą do ręki różaniec. Stały czas i miejsce na modlitwę, zwłaszcza poranną, pomaga w odnalezieniu wzroku Ojca, jaki na nas spoczywa. Otwierając oczy ciała należy równocześnie o tym pomyśleć, by szeroko otworzyć swoje serce na Bożą obecność.

Wzrok Ojca patrzącego na nas porządkuje jakoś cały dzień. Po krótkiej modlitwie już wiemy, czego Bóg od nas oczekuje na najbliższe godziny, na cały dzień. Ta wiedza jest jakby kluczem do twórczego przeżycia całego dnia. Równocześnie człowiek ma tą świadomość, że nie jest sam. W dalszej perspektywie ta modlitwa w jakiś sposób zawsze jest potrzebna nie tylko po to, żeby przeżyć jeden dzień, ale ta stała obecność przed Bogiem określa rzeczywistość naszego życia. – Wiem, po co żyję, jaki jest kierunek mojego życia.

ks. Adam Ogiegło

piątek, 11 stycznia 2013

O POSŁUSZEŃSTWIE I MIŁOŚCI

O tym, czym jest posłuszeństwo

Posłuszeństwo Bogu zawsze objawia się i doskonali w praktyce. Wola Boga zwykle jest jasna, ale trudno ją zrealizować, przyjąć, wcielić w życie. Pojawia się pokusa wejścia na inną, łatwiejszą drogę. Człowiek staje wtedy na rozdrożu i patrzy na drogowskaz, na którym są dwie strzałki. Na jednej jest wypisana wola Boża, a na drugiej — jego własna.

Trudny wybór

Droga, którą wskazuje Bóg, jest trudna, stroma. Człowiek to do­strzega i nie ma ochoty wejść na tę drogę. Natomiast ta druga ścieżka wy­daje się łatwiejsza i przyjemniejsza. Człowiek musi dokonać wyboru. Dokonując tego wyboru wielu ludzi zapomina o tym, że droga wskazana przez Boga jest trudna na początku, ale później jest łatwiejsza, a na pewno jest coraz piękniejsza i bardziej ubogacająca. Natomiast nasza własna dro­ga na początku wydaje się łatwa i usłana kwiatami, ale później prowadzi w grzęzawisko, z którego nie ma wyjścia, z którego nie ma powrotu.

Oto konkretny przykład: Młode małżeństwo ma roczne dziecko i odkrywa, że — nie planując tego — poczęli następne. Stają przed dylematem: Zabić czy urodzić? Mają dwie drogi. Pan Bóg mówi: „Urodzić", wyraźnie przestrzegając: „Nie zabijaj". Ale gdy patrzą oni na tę wskazaną przez Boga drogę, widzą na niej same trudności: miesiące ciąży, a żona jest jeszcze wycieńczona po pierwszym porodzie; musiałaby przerwać studia i może nigdy już ich nie skończyć; w domu jest ciasno, nie mają własnego mieszkania; mąż niewiele zarabia, więc nie wia­domo, czy zwiążą koniec z końcem... Tak, droga jest trudna, ale Bóg mówi: „Tylko ta droga — Nie zabijaj".

Druga droga wydaje się łatwa: Wystarczy zabić. Ból potrwa najwy­żej kilka dni. Koszty są stosunkowo niewielkie. Czy zabić? Trzeba podjąć decyzję, trzeba wybrać. Kogo słuchać? Na którą drogę wejść? Być posłusznym Bogu czy popełnić grzech? Ważąc argumenty przemawiające za tym, aby zabić poczęte dziecko, człowiekowi wydaje się, że w tym konkretnym wypadku Bóg nie ma racji.

Człowiek musi pamiętać, że jeśli odrzuci Boga i wejdzie na swą własną drogę, to zostanie sam; bo na tej jego drodze Bóg na niego nie cze­ka. Bóg czeka na człowieka na tej drodze, którą mu wskazał. Dotykamy tu istoty posłuszeństwa. Posłuszeństwo jest wyborem nie tylko drogi, ale i Boga! Mądrość polega na tym, żeby wybierać Boga. Dlaczego wielu ludzi tkwi w miejscu? Dlaczego się nie rozwijają, nie osią­gają pełni szczęścia? Dlatego, że wybierają w swym życiu tę łatwiejszą drogę — drogę, na której często się gubią, bo nie ma na niej Boga. Ludzi gubi to, że nie są posłuszni Bogu.

Młody kapłan spotkał się ze swoim kolegą, który był załamany trudnościami, z jakimi borykał się w swym życiu kapłańskim i w pracy duszpasterskiej. Po długiej rozmowie zaproponował mu:
– Zacznijmy czytać Ewangelię, aby pełniej nią żyć.
Kolega nie dał mu odpowiedzi od razu. Na trzeci dzień przyszedł do niego i powiedział:
– Nie.
– Dlaczego nie?
– Dlatego, że zbyt wiele musiałbym zmienić w swym życiu.
Pozostał na rozdrożu, przed drogowskazem. Miał nawet wyciągniętą ku sobie dłoń przyjaciela, który proponował mu pomoc. Ale nie zdecydował się pójść drogą wskazaną przez Boga, ponieważ wiedział, że spotka się na niej z Jego wymaganiami. Własna droga wydała się mu łatwiejsza. Nie po­trafił dostrzec tego, że jeśli zdecydowałby się iść z przyjacielem, to byłoby ich nie tylko dwóch, ale byłby też z nimi Bóg. Nie potrafił dostrzec tego, że drogą wskazaną przez Boga — chociaż jest ona trudna — można iść.

Jezus sam przeszedł niezwykle trudną drogę, jaką wyznaczył Mu Ojciec. Św. Paweł pisze: „Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest PANEM — ku chwale Boga Ojca" (Flp 2, 9-11). Oto nagroda za posłuszeństwo. Do takiego szczęścia prowadzi trud­na ścieżka wskazana przez Boga. Ale podążanie nią jest możliwe.

Człowiek posłuszny Bogu wygra życie; bo będzie z Bogiem. Dla Boga nie ma nic niemożliwego i dlatego posłuszeństwo czyni cuda. Dzieła człowie­ka posłusznego są nie na jego miarę, ale na miarę jego współpracy z Bo­giem.

- - - - -

Służba kluczem do miłości

Miłość jest troską o dobro tego, kogo się kocha. Jeśli kogoś ko­cham, to pragnę, aby on wzrastał i ubogacał się — na miarę, jaką wyzna­czył mu Bóg. Dokładnie tak, jak to jest w przyrodzie: Trawa rośnie na wy­sokość pięciu centymetrów, ale zboże rośnie prawie na dwa metry; jabłoń rośnie na pięć metrów, ale lipa potrafi osiągnąć trzydzieści metrów, a se­kwoja — nawet sto. Każda roślina ma swoją miarę. Nie można oczekiwać, że trawa urośnie na pięć metrów. Pięć centymetrów to dla niej wysokość optymalna i wtedy zrealizuje swoją misję służenia całemu stworzeniu, kie­dy osiągnie tę właśnie wysokość. Podobnie jest z ludźmi; każdy ma swoją miarę.

Ten, kto kocha, szybko rozpozna możliwości osoby kochanej i po­maga jej w ich realizacji, czyli w wypełnieniu miary, jaką wyznaczył jej Bóg; pomaga osobie kochanej wypełnić przeznaczone dla niej zadania. Służyć komuś to pomagać mu osiągnąć jego pełnię. Gdy w rodzinie jest na przykład pięcioro dzieci, to nie da się każdemu z nich zapewnić tego same­go, mimo że każde kocha się tak samo. Kochając je, trzeba odkryć możli­wości każdego z nich i każdemu z nich pomóc osiągnąć jego pełnię — peł­nię, którą określił dla niego Bóg. Na tym polega służba i w tym przejawia się miłość. Inaczej troszczymy się o trawnik, inaczej o zboże, a jeszcze ina­czej o drzewa owocowe. Inaczej przejawia się moja miłość, gdy podlewam małe kwiatki, a inaczej — gdy przycinam wysokie drzewa.

Mechanizm władzy

Jest taki mechanizm, że im więcej z siebie damy, im więcej zainwe­stujemy w osobę kochaną, tym bardziej rośnie nasze serce, tym większa staje się nasza miłość. Warto przeczytać z Księgi Sędziów (9, 8-15) bajkę o tym, jak drzewa wybierały sobie króla. Otóż drzewa wysuwały kolejne kandydatury na swego króla. Zwróciły się do oliwki: „Panuj nad nami". A oliwka na to: „Mnie wystarczy to, że ludzie do mnie przychodzą i że cieszą się moimi owocami, oliwą, której potrzebują do życia i do leczenia ran. Po co mi władza? Moją radością jest służyć". Drzewa zwróciły się zatem do figi: „A może ty będziesz nad nami królować?". Drzewo figowe odpowie­działo: „A po co mi władza? Moją radością jest to, że kosze moich owo­ców wędrują na stół, a ludzie są szczęśliwi, gdy mogą je jeść. Mnie wystar­czy to, że mogę służyć". Gdy drzewa zapytały o to samo winnego krzewu, odpowiedział podobnie: „Po co mi władza? Mnie wystarczy służba". Każ­de z tych drzew było bogate w owoce i dlatego mogło służyć.

A oto czwarty kandydat: oset. Ten przyjął władzę. Rzekł: „Oczywi­ście, ja natychmiast przyjmę władzę, bo nie mam czym służyć". I zaraz wydał rozkaz, żeby spalić tych, którzy nie złożą mu pokłonu. Oto bajka, którą autor natchniony się posłużył, aby ukazać, jak niebez­pieczne jest budowanie społeczeństwa w oparciu o władzę, a nie miłość.

Podkreślmy to jeszcze raz: Kiedy Syn Boga ukląkł przy stopach swych uczniów, aby je umyć, nie stracił nic ze swej wielkości. W żadnej innej religii Bóg nie umywał nóg ludziom; w każdej innej jest to w ogóle nie do pomyślenia. Tylko w naszej religii, tylko Bóg chrześcijan schylił się, aby umyć nogi swym uczniom. I wcale nie umniejszyło to Jego Majestatu.

Człowiek nigdy nie traci na tym, że służy; zawsze zyskuje na tym jego ser­ce. Takie jest prawo miłości.

Fragment rekolekcji wygłoszonych przez ks. Adama Ogiegło

środa, 7 listopada 2012

Ewangeliczna rada czystości

Ewangeliczne podejście do czystej miłości

Zastanówmy się nad ewangelicznym podejściem do miłości. Ewangelia nie podejmuje tego tematu wprost. Temat posłuszeństwa i ubóstwa poruszany jest w niej często; temat czystej miłości — rzadko. Wprawdzie Pan Jezus wyraźnie stwierdza, że są ludzie, którzy żyją we wstrzemięźliwości dla Królestwa Bożego, ale dodaje, że nie wszyscy to pojmują, i nie rozwija tego tematu.

Znamy ewangeliczne wzory czystej miłości. Jest nim przede wszystkim sam Chrystus, który nie zawarł związku małżeńskiego. Żyjąc w dziewictwie wskazał drogę czystej miłości dla tych, którzy chcą iść za Nim. Ten Jego przykład jest rozstrzygający. Każdy, kto podejmie się naśladowania Jezusa, wcześniej czy później stanie przed koniecznością podjęcia decyzji o wstrzemięźliwości seksualnej. Jedni będą musieli podjąć taką decyzję w ramach wierności małżeńskiej (jeśli miłość małżeńska ma być czysta, to w pewnych okresach będzie wymagać wstrzemięźliwości seksualnej), inni będą musieli podjąć decyzję o rezygnacji z życia seksualnego i z wszelkich jego namiastek w ogóle. W szkole Chrystusa nikt nie może podjąć takiej decyzji z przymusu. Musi to być odpowiedź na wezwanie Boga, który udziela łaski, by taka decyzja nie okaleczyła mężczyzny czy kobiety. Jest to ważne szczególnie dla harmonii uczuć i dojrzałości osobowej.

Drugim ewangelicznym wzorem czystej miłości jest Matka Najświętsza. Trzeba jednak zaznaczyć, że chociaż w przypadku Maryi chodzi o czystość dziewiczą, i to najdoskonalszą, to jest Ona również żoną (ma koło siebie Józefa) i matką, a zatem przeżywa całą gamę uczyć miłości macierzyńskiej. Jej czysta miłość jest zatem w dziejach ludzkości wydarzeniem wyjątkowym. Jest wydarzeniem niepowtarzalnym i dlatego trudno mówić o Niej jako o wzorze do naśladowania. Maryja jest wzorem bardzo dalekim od wszystkich wzorów, przedstawionych w czasie różnych konferencji czy w książkach.

Podobnie jest ze świętym Józefem, o którym mamy bardzo mało informacji. Żył on w dziewiczej czystości pod jednym dachem z kobietą, wychowywał jej dziecko, opiekując się Nim jeszcze przed Jego narodzeniem, jak i w chwili narodzenia. Ten wzór także trudno jest polecać do naśladowania.

Również Jan Chrzciciel żyje w czystej miłości dziewiczej, ale wiadomości o nim są jeszcze bardziej skąpe niż o św. Józefie.
Gdzie w Nowym Testamencie możemy więc znaleźć naukę o czystej miłości? Mówi o niej głównie święty Paweł, przede wszystkim w Pierwszym Liście do Koryntian. Paweł kształtuje w Kościele spojrzenie na dziewictwo zestawiając je z małżeństwem. Stwierdza, że dziewictwo jest wyższe stopniem, aczkolwiek jest to wyższość tylko pod jednym względem. Małżeństwo jest bowiem sakramentem, a dziewictwo, nawet konsekrowane, sakramentem nie jest. Sakrament zaś jest źródłem łask. Dziewictwo nie jest sakramentalnym źródłem łask i pod tym względem ustępuje małżeństwu. Niemniej jednak z punktu widzenia społecznego dziewictwo jest bardziej godne szacunku. W Kościele jest ono znakiem wartości duchowych.

Inne teksty, w których wychwalana jest wartość dziewictwa, pochodzą z Apokalipsy, czyli z pism Janowych. Wartość dziewictwa Jan widzi w tym, że dziewice stoją najbliżej uwielbionego Jezusa Chrystusa. Trzeba pamiętać o tym tekście, gdyż w Ewangelii zagadnienie czystości dziewiczej nie jest omówione szczegółowo. Jest o nim mowa jako o powołaniu indywidualnym, które zainteresowany rozumie na miarę otrzymanej łaski. Przeciętny człowiek wierzący potrafi zrozumieć wartość ubóstwa i posłuszeństwa, jednak nie każdy może zrozumieć znaczenie czystości dziewiczej. I nie należy się temu dziwić.

Odpowiedzialność za swoją godność

Dziś dużo mówi się o godności człowieka, ale najczęściej jest to filozofowanie, w którym nie chodzi o człowieka jako takiego, istniejącego, ale o pojęcie. Tymczasem każdy człowiek ma swoje imię. U Boga każde poczęte dziecko ma swoje imię i już rozpoczynają się jego dzieje — doczesne i wieczne, bo każdy człowiek jest nieśmiertelny.

Refleksja nad godnością człowieka powinna być refleksją nad godnością konkretnego człowieka. Mówimy więc o godności Adama, Zofii, Jerzego, Magdaleny... A jeśli wypowiemy imię, to natychmiast odsłonimy płeć danej osoby. Zatem chcąc mówić o godności człowieka, trzeba mówić o godności mężczyzny i o godności kobiety. Nie wolno o tym zapomnieć. Zagadnienie czystości (obojętne, czy chodzi o czystość dziewiczą czy małżeńską) jest ściśle związane właśnie z pojęciem godności mężczyzny i kobiety. Bóg stworzył człowieka w dwóch częściach. Mężczyzna i kobieta razem wzięci — to jest dopiero człowiek stworzony na obraz i podobieństwo Boże. Jest tak dlatego, że między tymi dwoma osobami może istnieć miłość, tak jak istnieje ona między Osobami Boskimi; Ojciec, Syn i Duch Święty kochają się nawzajem. Bóg jest miłością. Podobnie mężczyzna i kobieta dzięki wzajemnej miłości stanowią całość.

O godności człowieka, a więc o godności mężczyzny i kobiety, decyduje jego odpowiedzialność za siebie i za drugą osobę. Im większa odpowiedzialność, tym większa godność. Owej godności wewnętrznej nie można odebrać człowiekowi z zewnątrz. Tylko on sam może ją stracić jeżeli się na to zgodzi. Człowiek odpowiedzialny za siebie i za innych bowiem sam sobą dysponuje. Może oddać siebie w ręce drugiej osoby i sam może przyjąć drugą osobę. Tak więc godność mężczyzny i kobiety zawiera się właśnie w odpowiedzialności za siebie i za drugą osobę. Istnieje jednak pewna różnica między odpowiedzialnością mężczyzny i odpowiedzialnością kobiety.

Mężczyzna jest bardziej nastawiony na branie i jest odpowiedzialny za siebie i za kobietę. Natomiast kobieta jest bardziej nastawiona na dawanie i jest odpowiedzialna za siebie i za dziecko. Ta odpowiedzialność za siebie i za dziecko określa jej godność.

Tworząc wzajemne relacje mężczyzny i kobiety Bóg ustanowił ważny czynnik, jakim jest pożądanie cielesne. Owo pożądanie to dar Boga, odnoszący się do wzajemnych relacji mężczyzny i kobiety oraz do przekazywania życia. Jako element jednoczący wiąże się on z przyjemnością i radością. Dążenie do tej przyjemności w języku codziennym określane jest mianem «pożądliwości». Takie spotkanie mężczyzny i kobiety Bóg zastrzegł dla małżeństwa. Trzeba wyraźnie zaznaczyć, że pożądanie jest darem Boga. Jest jednym z wielkich darów i nie wolno go nigdy ani lekceważyć, ani uważać za coś złego. Takie podejście byłoby bowiem sprzeczne z podejściem chrześcijańskim i byłoby bliskie manicheizmowi. Trzeba to podkreślać, ponieważ błędu tego nie ustrzegli się nawet wielcy święci, jak na przykład święty Augustyn. Przez niego właśnie ów błąd przedostał się do mentalności katolickiej i można się z nim spotkać jeszcze w naszych czasach. Jeżeli wypowiedzi Jana Pawła II będą wspominane w Kościele za lat dwieście, trzysta czy tysiąc, to będą wspominane przede wszystkim jego homilie o mężczyźnie i kobiecie. On jako pierwszy z papieży podjął się wyprostowania owego spaczonego spojrzenia na ciało człowieka i na spotkanie mężczyzny z kobietą w małżeństwie.

Zagadnienie miłości czystej jest nierozerwalnie związane z odpowiedzialnością, toteż należy pamiętać o tym, że czysta miłość jest fundamentem relacji międzyludzkich, a nawet całego życia człowieka. Jeżeli ktoś w sposób nieodpowiedzialny złoży siebie w nieodpowiedzialne dłonie, to całe jego życie może być jednym wielkim dramatem. I jest to sytuacja nieodwracalna. A jeżeli ktoś w sposób nieodpowiedzialny przyjmie w swoje ręce człowieka nieodpowiedzialnego, to też popełni błąd, którego konsekwencje będą dotyczyć całego jego życia. Dopiero w tym kontekście możemy zrozumieć, że czysta, dziewicza miłość to nic innego, jak oddanie siebie w ręce najbardziej odpowiedzialne — w ręce samego Boga. Jest to złożenie daru, jakim jest możliwość spotkania się z drugim człowiekiem, w ręce samego Boga. A zatem jest to rozwiązanie najbezpieczniejsze i najbardziej właściwe.

Na ziemi żyje wielu ludzi, którzy nigdy nie zawrą związku małżeńskiego. Zagadnienie życia w samotności jest znacznie szersze niż zagadnienie życia w dziewictwie, życia poświęconego Bogu. Tutaj interesuje nas tylko dziewictwo ślubowane Bogu. Chodzi o to, aby wybór tej drogi życia był całkowicie dobrowolny, aby nie dokonał się pod przymusem i aby dana osoba nadawała się do małżeństwa i do rodzicielstwa. Ma to być pełnosprawny mężczyzna czy pełnosprawna kobieta. Tylko taki człowiek może dobrowolnie zrezygnować z małżeństwa i rodzicielstwa i złożyć Bogu z tego ofiarę. Jest to sprawa dość istotna, ponieważ w praktyce zdarzają się «powołania z konieczności*. Ktoś na przykład nie nadaje się do małżeństwa, więc wstępuje do zakonu. Nie tędy droga! Ślubować Bogu dziewictwo może ten, kto mógłby zawrzeć małżeństwo i być dobrym mężem i ojcem, dobrą żoną i matką. Tylko wtedy składanie ślubu ma sens, gdy składający go wie, z czego rezygnuje i co wybiera.

Wezwanie do miłości czystej ściśle łączy się z przykazaniem dziewiątym: „Nie pożądaj". Chodzi tu o pożądanie wewnętrzne. Pan Jezus mówi wyraźnie, że ludzie cudzołożą w sercu, nawet nie sięgając po kogoś ręką. Pan wzywa więc do samodyscypliny.
Za zachowanie ślubu dziewictwa płaci się wysoką cenę: Płaci się sobą. „Jeżeli cię ręka gorszy — odetnij ją; jeżeli cię oko gorszy — wyłup je". W refleksji nad miłością czystą nie wolno zapominać o tych słowach Chrystusa. Wypowiedział On je bowiem w kontekście szóstego przykazania.

Ludziom stosunkowo łatwo jest podjąć decyzję o zrezygnowaniu z czegoś, ale jeśli w trudach życia muszą ciągle na nowo z tego rezygnować, to często przekracza to ich możliwości, jest ponad ich siły. Tymczasem droga ewangeliczna polega na ciągłym wybieraniu wolności ducha za cenę rezygnacji z pewnych wartości doczesnych. Ten, kto potrafi raz mądrze stracić i wie, że w ten sposób więcej zyskuje — potrafi rezygnować codziennie. Najlepiej sprawdza się to właśnie w obronie dziewictwa. Wielkie dary związane z pożądaniem składa się Bogu po to, by otrzymać jeszcze większe. Czysta miłość jest zawsze darem Boga; jest Jego łaską, z którą należy współpracować dzień po dniu, aż do końca życia.

Etapy rozwoju pożądliwości

Jeżeli weźmiemy pod uwagę praktyczną stronę zagadnienia, to każdy normalny człowiek (zostawiam na boku przypadki wypaczeń) ma w sobie pożądanie, które przeradza się w pożądliwość. Ta zaś upomina się o swoje; ciało upomina się o ciało. Następnie pożądliwość staje się głodna i zabiega o to, by się karmić tym, czego pożąda. Ten głód sprawia, że człowiek traci swą wolność albo innych chce sobą zniewolić. I jeśli mówimy o nieczystości, mamy na uwadze ów głód, owo zniewolenie, które źródło ma w sercu człowieka, a przejawia się w wyobraźni, słowach, myślach, czynach.

Trzeba znać etapy rozwoju pożądliwości w trosce o własne dobro i dobro innych. Przydatna jest tu wiedza, że pierwszy etap rozwoju pożądliwości można skutecznie zahamować. W następnych etapach rozwija się ona w tak szybkim tempie, że zapanowanie nad nią staje się prawie niemożliwe. To jest mniej więcej tak jak z rzuceniem kamienia, który może poruszyć lawinę. To ja decyduję o tym, czy go rzucę, czy nie. Ale jeśli go rzucę, to po pewnym czasie już nie kontroluję skutków tego rzutu. Lawina rusza, a odpowiedzialność za spustoszenie, jakie czyni, ponoszę ja.

Zasadniczo rozróżniamy trzy stopnie pożądliwości.
Pierwszy ma miejsce w mentalności. Myśli i wyobraźnia raz po raz wędrują w stronę przedmiotu pożądania. Na tym etapie pomocnym w ostudzeniu i opanowaniu pożądliwości może być wzmożony wysiłek, by odwrócić uwagę od przedmiotu pożądania i skoncentrować ją na innym ciekawym obiekcie. Jeżeli to się nie uda, to po pewnym czasie wchodzi się już w dziedzinę postępowania dostosowanego do myśli. Pożądliwość danego człowieka osiąga drugi stopień rozwoju. Opanowany przez nią zaczyna krążyć wokół obiektu pożądania. Widzą to inni i zaczynają kpić z opanowanego pożądliwością człowieka, ale on nie przyznaje się do swej słabości. Jeżeli się nie opanuje (a najczęściej sam nie jest już do tego zdolny), jego pożądliwość osiąga trzeci stopień: dochodzi do bezpośredniego spotkania opanowanego pożądliwością człowieka z obiektem jego pożądania i do wybuchu namiętnej pożądliwości. Mamy wtedy do czynienia niemalże z opętaniem przez seks.

Można spotkać takich ludzi; obserwujemy wtedy niezwykle niszczące działanie namiętności zarówno w nich samych, jak i w ich otoczeniu. Tylko wielkie nawrócenie jest w stanie wyrwać człowieka z pożądliwości trzeciego stopnia. Jeśli chcemy takiemu człowiekowi pomóc, musimy znaleźć kogoś trzeciego. Nie wolno pomagać mu bezpośrednio. Zło, które opętało człowieka pożądliwością, jest tak mocne, tak zaborcze, że łatwo może zniszczyć również osobę pomagającą opętanemu. W takim wypadku pomoc może organizować tylko ktoś bardzo doświadczony. Człowiek opętany przez seks jest narzędziem zła i ono się nim posługuje; niszczy wtedy wszystkich, którzy są w zasięgu jego ręki.

Odpowiedzialność kobiety

Sprawa ta jest bardziej istotna dla kobiet, ponieważ one walczą nie tylko ze swą własną pożądliwością; są też atakowane z zewnątrz i nie zawsze potrafią obronić się przed tymi atakami. Niemniej jednak to kobieta decyduje o tym, czy mężczyzna może zbliżyć się do niej, czy nie. Posłużę się obrazem: Kobieta jest pięknym pałacem. W środku pałacu jest jedno pomieszczenie, w którym znajduje się skarb. Do tego pomieszczenia prowadzi szereg drzwi. Wszystkie są zamykane od wewnątrz. Nie da się wyważyć ich od zewnątrz. (Jeśli kobieta została zgwałcona, to nie utraciła ona swej godności).
Pierwsze takie drzwi to przejście «na ty». „Mówmy sobie «przez ty!»" Jeżeli kobieta się na to zgadza, to otwiera pierwszą bramę i wpuszcza mężczyznę za ogrodzenie. Następna brama to pieszczota ręki, później pocałunek w czoło. Tych bram jest jeszcze wiele, ale każda następna jest bliżej skarbu.

Mężczyzna chce sięgnąć po skarb. Wchodzi i puka do następnych drzwi. Należy pamiętać o tym, że jeśli komuś otworzy się któreś drzwi, to już nie da się ich przed nim zamknąć. Dla tego człowieka są one już zawsze otwarte. Jeżeli przejdę z kimś «na ty», to gdy spotkamy się po trzydziestu latach, nadal mówimy sobie «przez ty». Nie da się przejść z powrotem «na pan/pani». Byłoby to sztuczne.

Dotykamy tu kwestii odpowiedzialności kobiety. Jeśli otworzy ona drugie, trzecie i piąte drzwi, to niech nie robi awantury przy ostatnich. To już nie ma sensu. Kobietom należy uświadamiać ich odpowiedzialność za otwarcie każdych drzwi. Mężczyzna jest słusznie zdziwiony, jeśli kobieta nie chce otworzyć ostatnich drzwi. Po co bowiem otwierała tyle drzwi, skoro robi awanturę przy ostatnich? Można przepuścić kogoś przez pierwszą bramę i powiedzieć mu: „Słuchaj, spotykamy się tylko tutaj. Następne drzwi będą zawsze zamknięte i dalej wchodzić nie wolno". Mężczyzna to zrozumie i do tych następnych drzwi nawet nie zapuka. Czasem już nie podchodzi nawet do tych pierwszych. Istnieje bowiem możliwość przyjaźni miedzy kobietą i mężczyzną.

Czułość

Warto zwrócić uwagę na różnicę między pożądliwością a czułością. Pożądliwość chce dyktować człowiekowi, jak ma postępować, i jeśli jej się to uda, to miłość staje się nieczysta, jej akty wymykają się spod kontroli rozumu i wolnej woli. Potrzebne jest więc ostrzeżenie: Nie wolno oddać miłości w łapy pożądliwości. Jednak nie wolno też mylić pożądliwości z czułością. Ta ostania posiada wielką wartość w czystej miłości i powinna być ustawicznie doskonalona. Czułość jest elementem miłości. U ludzi nie ma miłości bez czułości. Człowiek kocha cały. Miłość obejmuje wszystkie jego władze.

Są dwa podejścia do miłości czystej. Jedno jest negatywne; odrzuca ono jakiekolwiek uczucia i wtedy wyrasta z człowieka suchy badyl. Drugie podejście zakłada sublimację uczucia. Wielu ludzi odrzucając pożądliwość odrzuca również czułość, ponieważ nie umieją oni odróżnić jednego od drugiego. Jest to błąd, za który w dużej mierze odpowiedzialni są mężczyźni; rzadko kiedy bowiem umieją oni zrozumieć wartość czułości. Pożądliwość przesłania im inne wartości. Potrzebny jest duży wysiłek ze strony mądrych kobiet, aby mężczyzna otworzył oczy i dostrzegł, że czułość jest ważniejsza od pożądliwości. Jeżeli mężczyzna tego nie zobaczy, będzie kierował się tylko pożądliwością i wtedy trudno z nim nawet dyskutować.

Czułość jest ważna w każdego rodzaju miłości. Na przykład w miłości do dziecka. W niej nie ma seksu. Dziecko oczekuje od matki czy od ojca czułości. Kobieta mająca pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat najczęściej już nie oczekuje seksu. Ona oczekuje od męża czułości. Kobieta zawsze oczekuje czułości. Dzięki swej wrażliwości jest na nią nastawiona bardziej niż mężczyzna. Jeżeli mężczyzna nie odkryje — przy pomocy kobiety - piękna i wartości czułości, to w takim małżeństwie nie ma mowy o szczęściu.
Ten, kto uważnie czyta Ewangelię, z łatwością dostrzeże, ile czułości jest w podejściu Chrystusa do dzieci, do chorych, do kobiet, do uczniów. Czułość jest ważnym elementem miłości rozumianej ewangelicznie. Powiedzmy sobie szczerze, że wiele nie-domagań w małżeństwach, w rodzinach, w domach zakonnych czy w innych wspólnotach wynika stąd, że nie ma w nich czułości, że niektórzy wręcz boją się czułości. Czułość jest oliwą, która w mechanizmie wspólnoty może łagodzić wiele napięć. Jeżeli oliwy zabraknie, mechanizm obraca się z trudem, a nawet może ulec uszkodzeniu.

Skutki utraty czystości

Jakie są skutki utraty czystości u kobiety i u mężczyzny?
Pierwszym skutkiem utraty czystości jest słabość. Jak długo człowiek jest za siebie odpowiedzialny, tak długo sam sobą dysponuje; i wtedy jest silny. Natomiast gdy człowiek utraci swą godność, staje się słaby; bardzo słaby. Współczesny świat czyni wszystko, by zniszczyć ludzi moralnie. Można by wtedy swobodnie nimi manipulować; nie opieraliby się, bo byliby słabi.

Drugim skutkiem utraty czystości jest niepokój sumienia. W dziedzinie czystości niepokój po grzechu jest znacznie groźniejszy niż sam grzech. Ów niepokój rozlewa się na modlitwę, na pracę i na odpoczynek, a także na relacje z innymi ludźmi. Dlatego pierwszym krokiem, który należy uczynić po popełnieniu grzechu, jest ponowne nawiązanie kontaktu z Bogiem; wtedy odzyska się pokój.

Trzecim skutkiem utraty czystości jest niechęć do modlitwy. Jeżeli ktoś mówi, że odczuwa niechęć do modlitwy, to wiadomo (na 95 procent), że znalazł się on na terenie grzechów nieczystych. Trudno bowiem stanąć przed Bogiem człowiekowi, który nie chce wypuścić z ręki tego, co sprawia mu przyjemność. Jego ręce są brudne, a z takimi rękoma lepiej nie pokazywać się Panu Bogu.
Taka sytuacja jest bardzo groźna, ponieważ człowiek, który przestanie się modlić, szybko osunie się na dno.

Potrzeba świadków

Kobiety powołane do życia czystą miłością mają ukazać współczesnemu światu wzór takiej kobiety, jaką ukształtował Bóg. Siostry zakonne mają ukazywać współczesnemu światu godność kobiety — godność, którą świat chce zniszczyć. Ostatnio czyni się wiele, by zdeptać godność kobiety. W naszym narodzie sprawa ta jest wyjątkowo aktualna. Siostry zakonne mają dawać świadectwo miłości czystej. Ślubując czystą miłość Bogu muszą zrezygnować z możliwości spotkania się z drugim człowiekiem na płaszczyźnie ciała (tak jak spotykają się małżonkowie w ustanowionym przez Boga związku), ale nie mogą zrezygnować z miłości. Muszą więc zachowywać dystans wobec wszystkiego, co wiedzie do grzechu, muszą unikać nawet okazji do grzechu. Powinny z dystansem podchodzić do kontaktu z ludźmi świeckimi, do programów telewizyjnych, Internetu, kolorowej prasy i wielu różnych książek.

Czy między kobietą, która ślubowała Bogu dziewiczą czystość, a mężczyzną może istnieć przyjaźń? Może. W ciągu dwudziestu wieków były tego rodzaju przyjaźnie. Warunkiem takiej przyjaźni jest jednak świętość obydwojga. Sam Bóg łączy takich ludzi miłością wzajemną. Zatem najpierw należy dążyć do świętości, a nie szukać człowieka, z którym można by się zaprzyjaźnić. Spotkanie zaplanuje Bóg. Innymi słowy: Jeśli wyrośnie święta Klara, znajdzie się i święty Franciszek.

Warunkiem zachowania dziewiczej czystości jest modlitwa. Jeżeli serce jest wypełnione miłością Boga, to jest ono czyste. Jeżeli nie jest tą miłością wypełnione, to będzie w nim miejsce na to, co nie podoba się Bogu. Jeśli ciało nie zostanie uduchowione, to wcześniej czy później duch zostanie ucieleśniony. Nie wolno odstawić ciała do kąta. Ono musi zostać uduchowione. Zatem albo idziemy w górę, albo schodzimy w dół.

Sprawa czystej miłości jest dziś bardzo aktualna. Młodzi ludzie znaleźli się w labiryncie błędnych informacji na temat miłości i wielu z nich w tym labiryncie się gubi. W tej bowiem dziedzinie łatwo jest popełnić błąd, a bardzo trudno jest go naprawić. Młodzi czekają na pomoc, czekają na konkretny przykład. Chcą widzieć kobietę, która świadomie i dobrowolnie wybrała życie w dziewictwie i jest szczęśliwa — szczęśliwa pełnią szczęścia dostępnego kobiecie. To szczęście trzeba ludziom młodym ukazać. Takie jest zadanie kobiet ślubujących Bogu czystą miłość.

(fragment tekstu rekolekcji wygłoszonych w Staniątkach przez ks. Adama)

wtorek, 12 czerwca 2012

NA CZYM POLEGA NOWOŚĆ MIŁOŚCI WZAJEMNEJ ?

RÓŻNE OBLICZA MIŁOŚCI

Pozostając w atmosferze paschalnych wydarzeń,warto zatrzymać się ponownie przynajmniej przy niektórych z nich. Liturgia okresu wielkanocnego to paschalna lekcja Bożej miłości, która wyraziła się najmocniej w ofierze krzyżowej Chrystusa, w Jego męce, śmierci i zmartwychwstaniu.

Kiedy Pan Jezus głosił królestwo Boże, to w sposób bardzo wyraźny rozgraniczał, wskazując na różne rodzaje miłości. Przede wszystkim podkreślał miłość bliźniego, ustanawiając nowe przykazanie miłości bliźniego. Ale mówił także o miłości nieprzyjaciół, trudnej sztuce, i również zwrócił uwagę bardzo mocno na przykazanie wzajemnej miłości. Żeby zrozumieć, na czym polega miłość wzajemna, trzeba wrócić do wydarzeń Wielkiego Tygodnia a zwłaszcza wejść do Wieczernika. Wielki Czwartek jest taką przełomową datą w dziejach miłości na ziemi. Zanim jednak przekroczymy próg Wieczernika, to warto sobie uświadomić pewne fakty. Otóż – po pierwsze, Chrystus nigdy nie mówił o przykazaniu miłości wzajemnej do tłumów. To jest bardzo znamienne, że ogłasza je dopiero na kilka godzin przed swoją śmiercią w Wieczerniku, w gronie niezwykle małym, kameralnym. Obecnych jest jedenaście osób. Chrystus czeka, aż Wieczernik opuści Judasz. Dopiero wtedy, przy zamkniętych drzwiach, Chrystus ogłasza to nowe prawo miłości wzajemnej. Jeżeli uważnie obserwujemy działalność Chrystusa, to dostrzeżemy jeszcze jedno – sympatyków Chrystusa były tysiące, uczniów Chrystusa było niewielu a przykazanie miłości wzajemnej jest przekazane wyłącznie Chrystusowym uczniom. Chrystus mówi: Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem. Żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeżeli będziecie się wzajemnie miłowali.

Drugi fakt, na który warto zwrócić uwagę, to jest to, że po miłości wzajemnej rozpozna świat przynależność do Chrystusa. Tutaj warto podkreślić taką rzecz, mianowicie, że nie po miłości nieprzyjaciół poznaje się Chrystusowych uczniów, ale po miłości wzajemnej. A więc chodzi o zaprezentowanie światu nie tyle odwagi, której wymaga niewątpliwie miłość nieprzyjaciół, ile szczęścia zawartego we wzajemnej miłości. I to jest ta ewangeliczna perła, wielka, wspaniała wartość, którą uczniowie Chrystusa mają objawić światu.

Kolejny fakt, na który trzeba zwrócić uwagę, to jest to, że owo przykazanie nowe posiada szczególną miarę, zupełnie inną niż przykazanie miłości bliźniego. Miłość bliźniego – jak siebie samego, miłość wzajemna – tak jak Ja was umiłowałem, mówi Chrystus. Miara ewangelicznej miłości wzajemnej to miara największa. Miara miłości, którą nas Chrystus umiłował. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, mówi Chrystus, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mojego.


NAJISTOTNIEJSZE - PRZYJAŹŃ Z CHRYSTUSEM

Droga do przeżywania wzajemnej miłości, to droga przede wszystkim przyjaźni z samym Chrystusem. Trzeba się po prostu znaleźć w gronie przyjaciół Chrystusa i dopiero Chrystus łączy swoich przyjaciół ze sobą węzłem prawdziwej wzajemnej miłości. On wybiera, On decyduje, kto ma być darem dla kogo. Okazuje się zatem, że kto nie przeżył przyjaźni z Chrystusem, nigdy nie otrzyma daru wzajemnej miłości. Ta ewangeliczna miłość wzajemna posiada charakter ściśle religijny, odniesienie do Pana Boga. Na tym fundamencie można budować wzajemną miłość. U podstaw takiej miłości leży doskonała realizacja pierwszego i najważniejszego przykazania: Będziesz miłował Pana, Boga Twego, z całego serca swego, z całej duszy swojej, ze wszystkich sił swoich. Na tym przykazaniu jest również oparte przykazanie: Abyście się wzajemnie miłowali, jak ja was umiłowałem.

Przykazanie jest oczywiście jasne, ale teraz chodzi o sposób, w jaki według Chrystusa należy je realizować. Chrystus mówi nie tylko, co należy czynić, ale mówi zawsze, jak należy to czynić. Jak w praktyce ma wyglądać ta ewangeliczna miłość wzajemna? Pan Jezus jako najdoskonalszy pedagog wiedział, że do wyjaśnienia tego przykazania nie wystarczą tylko same słowa, że tego nie da się powiedzieć nawet w przypowieściach, które są bardzo obrazowe. Miarą miłości wzajemnej jest przykład samego Chrystusa: Jak Ja was umiłowałem. Chrystus zatem musiał dać taki przykład. I tutaj wreszcie trzeba wejść do Wieczernika, bo rzecz tam się dzieje. Św. Jan pisze tak: Było to przed świętem Paschy. Jezus, wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował. W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza, aby Go wydać, wiedząc, że Ojciec dał Mu wszystko oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy, złożył szaty, a wziąwszy prześcieradło, nim się przepasał. Potem nalał wody do miednicy i zaczął uczniom umywać nogi, ocierać prześcieradłem, którym był przepasany. Niektórzy nie chcieli się zgodzić na umywanie nóg, szczególnie głośno protestował Piotr. Chrystus musiał mu tłumaczyć, że teraz nie rozumie tego, co On czyni, ale zrozumie nieco później. A kiedy im umył nogi, przywdział szaty i znów zajął miejsce przy stole. I rzekł do nich: Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? Wy Mnie nazywacie Nauczycielem i Panem i dobrze mówicie, bo nim jestem. Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście sobie powinni nawzajem umywać nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem.


NIKT NIE MOŻE SIĘ USPRAWIEDLIWIĆ, ŻE NIE MOŻE KOCHAĆ

Kiedy Bóg chciał objawić swoją miłość, to wziął do ręki miednicę i umył swoim uczniom nogi. Nikt z nas nie może się usprawiedliwić, że nie potrafi naśladować Boga, że nie potrafi kochać, bo każdy z nas potrafi wykonać tą prostą czynność - wziąć do ręki miednicę, umyć drugiemu nogi. Miłość objawia się nie w wielkich rzeczach, lecz w drobnych, w najprostszej służbie na co dzień. To nie jest przypowieść, to jest rzeczywistość. Pełnia tej służby objawia się w ofierze złożonej z życia. Chrystus powiada w Wieczerniku: Nikt nie ma miłości większej od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. I znów to nie jest przypowieść. Upłynie kilkanaście godzin i Chrystus za swoich uczniów, których umiłował do końca, oddaje swoje własne życie.

Człowiek, który przeżywa miłość wzajemną, który umie kochać bez problemu tak bliźnich, jak i nieprzyjaciół... Czy jesteśmy zdolni do takiej miłości? Wszystko, co Bóg nam daje, jest logiczną całością, w której uczestniczymy. Prawo wzajemnej miłości też tutaj jest czymś kluczowym. Wszystko nabiera innego sensu, jeżeli zrozumiemy to, do czego nas Chrystus zaprasza. Jeśli człowiek kocha wszystkich, tak jak kocha Chrystus, potrafi w pełni zrozumieć i łatwo wykonać wszystkie wymagania, jakie stawia Chrystus odnośnie miłości bliźniego i nieprzyjaciół. Kto potrafi to zrobić? To są przede wszystkim ludzie święci, czyli ci, którzy wyszli spośród nas, którzy żyli wśród nas, którzy żyją wśród nas. Oni przeżywają pełnię miłości.

Drugim ważnym wnioskiem z tej nauki Jezusa jest to, że miłość wzajemna całkowicie usuwa z życia samotność. Kocham i jestem kochany. I to są dwie rzeczywistości, które decydują o szczęściu człowieka. Miłość bliźniego, a tym bardziej miłość nieprzyjaciół, nie usuwają samotności. Natomiast w miłości wzajemnej człowiek wchodzi we wspólnotę, serce jego nigdy nie bije samo, zawsze jest włączone w rytm wielu serc kochających Boga. I stąd ten człowiek jest autentycznie szczęśliwym człowiekiem, wypełnionym pokojem, równowagą ducha, pełnią wolności. To szczęście staje się znakiem, po którym świat poznaje jego przynależność do Chrystusa.


NIEROZERWALNA MIŁOŚĆ MAŁŻONKÓW

Teraz dopiero można zrozumieć, dlaczego nauka Kościoła katolickiego o małżeństwie stoi w obronie nierozerwalności małżeństwa. U podstaw bowiem sakramentu małżeństwa jest wzajemna miłość. To są dwa serca, które potrafią kochać Pana Boga. I Pan Bóg łączy te serca ze sobą, a więc mąż jest darem dla żony, żona darem dla męża. Darem dla Chrystusa. Sakrament małżeństwa to jest małżeństwo przyjaciół Chrystusa, przez Niego dobrane, przez Niego połączone, przez Niego pobłogosławione. Ponieważ jest oparte o przyjaźń z Chrystusem, nie może być rozerwalne. To jest niemożliwe, bo jeżeli jeden drugiemu nogi umywa, to na jakiej podstawie mają się rozejść? Jeżeli mąż jest gotów oddać życie za żonę a żona za męża, to gdzie tu mówić o rozejściu. Przykazanie wzajemnej miłości stanowi fundament i cel życia małżeńskiego.

To samo przykazanie stanowi fundament i cel życia zakonnego, życia konsekrowanego, życia kapłańskiego. To ta wspaniała perspektywa życia chrześcijańskiego. Chrystus zwraca się do nas – Słuchajcie, Ja chcę, abyście byli szczęśliwi. Chcę, aby każdy z was przeżył wzajemną miłość. Ja was po to wybrałem, po to zgromadziłem, po to do was przyszedłem. Mnie przede wszystkim zależy na waszym szczęściu. I to jest prawdziwe oblicze chrześcijaństwa. Jeśli chodzi o perspektywę rozwoju naszego życia, to nie wolno zapomnieć, że celem naszego spotkania z Chrystusem, każdej modlitwy, jest stopniowe dorastanie do tej miłości wzajemnej. Bo to jest pełnia chrześcijaństwa.

Kwietniowa homilia ks. Adama Ogiegło




wtorek, 17 kwietnia 2012

WYNIESIENI NAD ANIOŁÓW


Chrystus nam udziela niezwykłej ewangelicznej lekcji, w jaki sposób walczyć ze złem. Personalne Zło przychodzi do Chrystusa; Szatan, który Go kusi i próbuje sprowadzić z drogi, którą Chrystus obrał.

GENEZA WALKI DOBRA ZE ZŁEM jest starsza niż pobyt Pana Jezusa na pustyni. Bóg stwarzając człowieka i cały świat, stworzył równocześnie świat duchów, wolnych i rozumnych istot. I od samego początku wprowadził w ten świat różnice, dzieląc aniołów na poszczególne chóry, mające swoje nazwy i swoje miejsca. Początko­wo wszyscy oczywiście pełnili wolę Boga i żyli w wielkiej zgodzie. Tak było do mo­mentu stworzenia człowieka. Kiedy na ziemi pojawił się człowiek, Stwórca niejako zwrócił się do wszystkich aniołów z takim dziwnym wezwaniem: Popatrzcie, oto ludzie, Adam i Ewa, powoli będą opanowywać ziemię. Pod względem doskonało­ści natury w porównaniu z wami nie są bardzo doskonali, ale ja Bóg kocham ich bardziej niż was wszystkich. Postanowiłem ich adoptować i uznać ich za swe dzieci. Wy Mi mówicie "Panie" a człowiek będzie do mnie mówił "Ojcze".

I ROZPOCZĘŁA SIĘ SWOISTA RYWALIZACJA. Mianowicie szatan, jeden z duchów czy­stych, postanowił zerwać służbę u Pana Boga i zaczął robić wszystko, żeby nie tylko pociągnąć za sobą szereg innych duchów, ale także żeby człowieka przecią­gnąć na swoją stronę. Żeby człowiek był sługą tych duchów. I postanowił to zrobić już w raju. Niestety, to się udało. Adam i Ewa, zamiast słuchać Pana Boga, zaczę­li słuchać Szatana, stali się jego niewolnikami. W rzeczywistości zamiast anioł służyć człowiekowi, człowiek zaczął służyć aniołowi. Szatan nie rezygnuje z tego, żeby człowieka uwięzić na wieczność i dlatego obserwuje wszystko, co się dzieje w tej rzeczywistości stworzonej przez Pana Boga. Z niepokojem na pewno musiał patrzeć, kiedy Archanioł Gabriel zwiastuje Maryi radosną nowinę, że w Betlejem narodzi się Zbawiciel. I szatan przygotowuje już pierwszy zamach, wykorzystując do tego chorobliwą zazdrość Heroda. Betlejem staje się miejscem rzezi niewinią­tek, ale Jezus umyka sprzed tej zbrodniczej ręki. A szatan obserwował Go pilnie i czekał na ten moment, w którym skłoni Go do złożenia sobie pokłonu. I tu właśnie ta scena kuszenia na pustyni.

NA POCZĄTKU swojej działalności publicznej Chrystus idzie na pustynię, modli się, pości i właśnie tam staje przed Nim twarzą w twarz ten upadły anioł. Nie wie, że Jezus jest prawdziwym Synem Bożym, bo tego wiedzieć nie może, dlatego, że do poznania tajemnicy Trójcy Przenajświętszej potrzebna jest łaska wiary, a tej sza­tan nie posiada. Traktuje Jezusa, podobnie jak Adama, jak doskonałego człowie­ka, adoptowanego przez Boga za syna. Co zrobić, żeby Jezus wykonał jego pole­cenie i stał się jego sługą? Szatan rozpoczyna od kuszenia w taki sam sposób, jak w raju, a mianowicie od jedzenia. Ewę skusił na piękny owoc, natomiast tutaj Jezus jest głodny, czterdzieści dni pościł. Może mu się uda? "Wtedy Duch wypro­wadził Jezusa na pustynię - jak pisze ewangelista Mateusz. - Gdy przepościł czterdzieści dni i nocy, odczuł w końcu głód. Wtedy przystąpił kusiciel i rzekł do Niego: „Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem. Lecz On mu odparł: Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, któ­re pochodzi z ust Bożych."

"Jeśli jesteś Synem Bożym." SZATAN SPRAWDZA, czy Jezus jest tym zapowiedzia­nym dzieckiem Boga. Da się skusić, czy się nie da skusić? Diabeł doskonale wie, co robi, ale go Jezus przejrzał. Nie samym chlebem żyje człowiek. Człowiek bo­wiem żyje słowem Boga, to znaczy wyższymi wartościami. O szczęściu człowieka nie decyduje pełny talerz, ale serce pełne słowa Bożego, serce pełne mądrości, miłości. Nie udała się pierwsza pokusa, szatan zatem atakuje z innej strony.

JAK PISZE EWANGELISTA dalej, wziął Go diabeł do miasta świętego, postawił Go na narożniku świątyni i rzekł: "Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, jest prze­cież napisane: Aniołom twoim rozkaże o tobie, a na rękach nosić cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień. Odrzekł mu Jezus: Ale jest napisane także: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana Boga swego." Znowu diabeł spraw­dza - Jeśli jesteś Synem Bożym, uczyń cud, spróbuj narazić się na niebezpie­czeństwo i to publicznie, na oczach tłumu, na dziedzińcu, gdzie wszyscy na ciebie patrzą. To będzie wielka sensacja, ludzie cię będą podziwiać, staniesz się sławny. Szatan zdradza już tu wyraźnie cel swojej pokusy - chce sprawdzić, czy faktycz­nie dobrzy aniołowie będą usługiwać Jezusowi. Pan Jezus znowu demaskuje tak­tykę szatana przypominając o obowiązującej hierarchii - Bóg może wystawić na próbę człowieka, bo jest jego Panem, ale odwrotnie nigdy tak nie może być. Stworzenie nie może wystawiać na próbę Stwórcy. A po drugie, nie kupuje się lu­dzi cudami i sensacją, ale uczciwą postawą, prawdą, miłością. Nie uda się rów­nież i ta druga pokusa, szatan zatem zamierza otwarcie zaatakować z tej pozycji, o którą od początku mu chodziło.

JESZCZE RAZ WZIĄŁ GO DIABEŁ - pisze ewangelista - na bardzo wysoką górę. Poka­zał Mu wszystkie królestwa świata oraz ich przepych i rzekł do Niego: Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon. Na to rzekł mu Jezus: Idź precz, szatanie! Jest Bowiem napisane: Panu Bogu swemu będziesz oddawał pokłon
i Jemu samemu służyć będziesz. Wtedy opuścił go diabeł a oto aniołowie przystą­pili i usługiwali Mu. - Dam ci wszystkie królestwa świata i władzę nad nimi a ty od­dasz mi pokłon. Uznasz moją władzę, będziesz moim sługą. Propozycja jest bar­dzo jasna, chodzi o pokłon człowieka oddany aniołowi. Cena nie odgrywa roli, wszystkie bogactwa świata za ten jeden pokłon. Odpowiedź Jezusa jest zdecydo­wana - Idź precz, szatanie! Bogu swemu kłaniać się będziesz i Jemu samemu bę­dziesz służyć. Po raz pierwszy człowiek rozkazuje aniołowi - Idź precz! I szatan odchodzi, wiedząc, że na ziemi żyje człowiek, który nie złożył i nie złoży mu po­kłonu. Pyszny i zazdrosny anioł ma tylko jedno wyjście, możliwie szybko znisz­czyć tego człowieka. Rozpoczyna realizację planu bezwzględnego zniszczenia Jezusa. Zmienia metodę, już nie kusi, ponieważ Jezus odniósł nad nim zwycię­stwo moralne, okazał się mocniejszy, dlatego teraz w grę wchodzi siła fizyczna, przemoc. Szatan poszukuje wspólników, skrzętnie obmyśla plan morderstwa. Mijają miesiące, Jezus naucza, a wokół Niego pojawia się coraz więcej wrogów. Zazdrośni faryzeusze, upokorzeni uczeni w Piśmie, zaniepokojeni o władzę Herod, Kajfasz, Piłat; pojawia się uczeń, zdrajca Judasz. Słudzy szatana przygotowują krzyż. Nadchodzi Wielki Piątek, zło odnosi fizyczne zwycięstwo nad Jezusem. Książę tego świata triumfuje, skoro człowiek nie chciał mu służyć, to został zamordowany. Jeszcze opieczętować grób, jeszcze postawić straże, by to wszystko było bez zarzutu, by nie popełnić jakiegoś przeoczenia.

Ale TRZEBA PAMIĘTAĆ o jednym, że z Bogiem nikt nigdy nie wygrał. Nadchodzi po­ranek wielkanocny, grób jest pusty a święci aniołowie ogłaszają ludziom, że Jezus zmartwychwstał i żyje. Teraz już upadły anioł nie ma nad Nim żadnej władzy. Pan Jezus od samego początku był panem sytuacji, doskonale znał plany szatana. By go pokonać w sposób całkowity, postanowił pokazać bezsens stosowania siły, przemocy. Zwycięstwo przy użyciu siły jest tylko czasowym zwycięstwem, praw­dziwe zwycięstwo należy do ofiary. Pan Jezus z jednej strony pokazuje nam takty­kę szatana, z drugiej - jak walczyć. Nie poprzez stosowanie siły i przemocy, bo w tej dziedzinie nie mamy szans, ale za cenę odwołania się do wartości wyższych, samego Boga.

Nie tylko Jezus, nie tylko Maryja, ale KAŻDY CZŁOWIEK, o ile potrafi przejść przez ży­cie zachowując łaskę uświęcającą, otrzymaną na chrzcie godność dziecka Bo­żego, będzie wyniesiony nad chóry aniołów. Tak to brzmi właśnie w tej scenie ewangelicznej. One będą do jego dyspozycji. Zdumiewające, ale prawdziwe, aniołowie będą do naszej dyspozycji. My bowiem, jako dzieci Boże, mamy prawo mówić Bogu "Ojcze", aniołowie natomiast, jako słudzy, mogą do Niego mówić je­dynie "Panie". To niezwykłe wybranie, to niezwykłe miejsce człowieka w historii zbawienia. I o tym nam przypomina Zbawiciel podejmując krzyż za zbawienie świata.

Homilia wygłoszona przez ks. Adama Ogiegło na marcowym spotkaniu wspólnoty.